Zakochałam się w Librusie

with Brak komentarzy

nauczyciel z teczką i podpis "rzuciłam Librusa dla dzieci"…ale mi przeszło! Zacznijmy od początku. Szczerze powiem. Była to miłość od pierwszego wejrzenia. Zupełnie wbrew rozsądkowi. Oczarował mnie swoją dostępnością. Był na każde zawołanie. Regularnie do mnie pisywał. W pracy, musiałam telefon wyciszyć, by koleżanki nie zorientowały się, że mam nową sympatię. Czasem tuż przed północą syłał wiadomość, że pamięta i czuwa. Jak tu takiego nie kochać? Librus Synergia. Pięknie się nazywa. Znacie? To uwaga! Tekst nie jest sponsorowany… 😉

 

Kojarzysz go może?

 

Też jesteś pod jego urokiem? Znacie się? Jeśli nawet dziś nie, to będąc matką zachwycisz się nim na pewno! Librus Synergia, czyli elektroniczny dziennik. Możesz śledzić oceny dziecka na komputerze lub przez telefoniczną aplikację. Twój prywatny wgląd w szkolne życie nastolatka. (Młodszego ucznia też, ale w tym przypadku emocje tak nie wyrywają z butów) 😉

 

Dostępny 24 godziny na dobę. Jak się nie zakochać w takim rozwiązaniu?

 

To jakby nagle ktoś przyszedł do mnie i powiedział: – Spokojnie Kochana. Ogarnę te Twoje Trzy Niesforne Istoty. Jak tylko coś wywiną w szkole, zaraz będziesz miała informację z pierwszej ręki. Pełna rodzicielska kontrola, którą załatwię w Twoim imieniu! Ty tylko im tam potem szepniesz im co nieco, a ja poślę Ci info, czy się poprawiają. Bajka!

 

Miód na matczyne serce…

 

Jak nie być szczęśliwym od zaraz? Koniec spięć i stresów przed pójściem na wywiadówkę. Koniec codziennych pytań: – Jakie dziś oceny? Koniec zbędnych dialogów z nastolatkiem w oczekiwaniu, aż wydusi z siebie kiedy ma  kolejny sprawdzian. Wiadomo, że nastolatek zwykle niewiele ma do nauki i zdąży się z tym uporać przed Twoim przyjściem z pracy. Nawet jeśli przychodzisz pół godziny po nim… i on w tym czasie ma jeszcze odgrzać i zjeść obiad. – Uczyłem się! Nigdy nie patrzysz jak ja się uczę! Patrzysz dopiero jak skończę – słyszałam. Faktycznie, miałam pecha 😉

 

Więc Librus Synergia ratował mi życie. Oto dowiadywałam się o efektach tej nauki, nim dziecię zdążyło spod tablicy wrócić do ławki!!! Bingo. Brawo. Euforia pełna! Miałam ochotę codziennie otwierać szampana z tej okazji.  

 

Najpierw Librus był bezpłatny. Zaufałam mu w 100%. Dałam mu nawet numer telefonu, byśmy byli w stałym kontakcie. A kontakt był baaaaardzo intensywny. Przy trójce dzieciaków komórka przesyłająca informacje wibrowała z regularnością kukułki. To były czasy!!!

 

Wracałam z pracy do domu, a przy drzwiach czekał akurat ten delikwent, na którego Librus Synergia uprzejmie doniósł. Spuszczona głowa. Wzrok wbity w ziemię. I nieme pytanie: “już wiesz?”. Jasne, że wiem, bo mi się w telefonie wyświetliło. Na czerwono!!! Jak nie wiedzieć?

 

Więc tam, ten, tego… no była rozmowa dyscyplinująca… i tak dalej. Spuśćmy na to zasłonę milczenia. Nieistotne. Myślałam, że oto zaczynam być dobrą matką. Kontrolującą. Nic bardziej mylnego!!!

 

Pierwsze spięcie z ukochanym

 

Było ostre i bolesne. Miałam za złe Librusowi, że mnie wkręcił. Otóż, zawiozłam Najstarsze dziecię do szkoły. Idealnie. 15 minut przed lekcją. Był to mega wyjątek… bo co do zasady nie wożę dzieci, bo jestem wtedy w pracy. Więc się delektowałam chwilą… Pamiętam, że ledwie wróciłam do domu, to Librus Synergia życzliwie poinformował, że to moje dziecię, co je tak troskliwie zawiozłam, nie przyszło na lekcję.

 

O matko! Nie panikuj. Nie panikuj… myślę, poszedł na wagary. Tyle, że ten Syn akurat domaga się wcześniejszego powrotu z wakacji… by być na czas gotowym do szkoły. A już na pewno nie prysnął z lekcji języka polskiego. Dla niego to jakby zwiać z restauracji, przed przyjściem kelnera. Więc co? No niechybnie zginął pod kołami przejeżdżającego obok szkoły pojazdu. I ta teoria by mi pasowała, gdyby nie fakt, że ostatnim autem pod szkołą, z jakim mógł mieć styczność Syn, to był mój samochód.

 

W panice udało mi się dotrzeć do czeluści tej części mojej komórki, gdzie był numer wychowawcy. Grzecznie ślę sms’a i się pytam, czemu Librus Synergia mi pisze, że Syna nie ma, jak sama go prawie do klasy wprowadziłam. Szczęściem trafiłam na mobilnego człowieka, który mi zaraz odpisał, że przeprasza bardzo, dziecię moje na lekcji jest, siedzi i pilnie się uczy… ale jemu (nauczycielowi)  się rubryczki w tym Librusie pomyliły.

 

Ej, no myślę sobie. Librus, Ty mi miałeś słać tylko sprawdzone informacje, a nie tak, żebym od zmysłów odchodziła. Co tu dużo mówić! Był foch… delikatny. Wiadomo jednak, że raczkujących związkach tak bywa. Emocje są nieodwołalne.

 

Dzieci Ojca dyrektora

 

Foch zdecydowanie większy, pojawił się gdyśmy sobie żartowali z Męża przy stole, że miał w szkole łatwiej, bo był dzieckiem dwójki nauczycieli, w tym Ojca dyrektora (nie mylić z tym drugim, bardziej znanym Ojcem Dyrektorem)  A Mąż na to, że nie poleca takiego układu i generalnie jest do bani mieć rodziców w szkole.

 

– Nim doszedłem do domu, już wiedzieli, że zapomniałem zadania, albo zebrałem gorszą ocenę – śmiał się mój Retro Mąż. I wtedy to się stało! Przypomniałam sobie, że mam Męża. I go kocham! I kocham dzieci… i koniec zdrad. Zdecydowałam się zerwać związek z Librusem.

 

Uświadomiłam sobie, że od teraz wszyscy uczniowie, są dziećmi Ojca dyrektora. Moje też! Rodzice wiedzą wszystko, nim wrócisz do domu. Żegnaj możliwości poprawy zadania, sprawdzianu… Koniec słodkich tajemnic, które nigdy nie wyjdą za mury szkoły. Pełna inwigilacja! Kurcze, myślę sobie, dobrze, że młodość mam już za sobą. Nerwowo bym się wykończyła z takim systemem.

 

Dziękuję e-dzienniku za opłaty

 

Przyznaję, że Librus Synergia ułatwił mi temat zerwania związku, gdyż za telefoniczną usługę zażądał opłaty. U mnie byłaby to opłata razy trzy. Więc olałam drania! Nie będę przez niego żyła w wiecznym stresie, ponosząc dodatkowe koszty.

 

Nie powiem, że nie odwiedzam go czasami w sieci. Owszem. Bywa. Z dwa razy w miesiącu… Więcej się boję 😉 Powiedziałam Synom, że Librus ma być głównie dla nich, by wiedzieli na czym stoją i co ich czeka w najbliższym planie. Sprawdzają Librusa niemal codziennie, a ja nie zaglądam, jak nie muszę.

 

Wróciliśmy z Synami do rozmów o szkole, o tym jak im poszło na jednym, czy drugim sprawdzianie, kto gdzie jaką gafę popełnił i czemu. I wiecie co? Lepiej mi tak!!!

 

Nie czuję potrzeby inwigilowania mojego dziecka non stop. Czasem przeoczę jakąś słabą ocenę i nim się zaloguję już jest poprawiona. Bywa, że przeoczę całą serię złych ocen… wolę jednak dowiadywać się o nich od Synów, a nie od bezdusznego dziennika elektronicznego. Koszmar.

 

Librusowe żarciki kupię!!!

 

Choć… przyznam, serce mi szybciej zabiło 1 kwietnia. Librus Synergia na Facebooku poinformował, że uruchamiają nową opcję. Uczeń będzie miał możliwość “zatajenia” przed rodzicami złej oceny na jakiś czas, by mieć w ten sposób możliwość poprawy, nim rodzice zdążą się zdenerwować. Eureka! Nareszcie na to wpadli. Brawo biję. Znów bym szmpana chciała otwierać. Gdyby nie ta nieszczęsna primaaprylisowa data! Oczywiście na drugi dzień wszystko odwołali i nici z ulepszania.

 

A szkoda, szkoda, szkoda!!! Bardzo mi się podobał żart primaaprylisowy Librusa!

Gotowa byłam nawet zakupić tę opcję w pakiecie z wyciszaniem powiadomień o sukcesach ucznia (wolę jak mi sami o nich opowiadają) i i limitowanym wstępem do Librusa raz w miesiąciu. Heloł!!!

 

Jak mnie ktoś z firmy Librus Syneria czyta, to wołam… dajcie mi takie rozwiązanie! Serio! Mam duże dzieci. Nie przedszkolaczki. Niech sprawy swoich ocen załatwiają z nauczycielem, informując mnie wyłącznie o finale tych negocjacji. Niech poprawiają stopnie, sprawdzają kiedy mają czego się nauczyć i nadrabiają. Wszak to pierwsza szkoła nie tylko wiedzy, ale i samodzielności.

 

Niech mi o swoich porażkach i sukcesach Syn jeden, drugi i trzeci sam opowie.

 

Odkochana jestem definitywnie

 

Cieszę się, że udało mi się opanować euforię. Wyhamować zachwyt nad techniczną nowinką, zastępującą mnie w tak prozaicznej rzeczy jak rozmowa z dzieckiem na temat ocen. Tych złych i tych ekstremalnie dobrych.

 

Wiecie co? Uwielbiam ten błysk w oku, uśmiech na twarzy i słodką minkę… która krzyczy z radości: – Mamo. Szóstkę dostałem. Udało się! – słyszę. I cieszę się, że pierwszą informację mam od dziecka. Że on wie, że ja nie wiem. I to jest mój pierwszy uśmiech i pierwotna radość z jego sukcesu. Nie chcę tej euforii przeżywać sam na sam z bezdusznym programem!

 

Ba, nie chcę z nim nawet przeżywać smutków.
Wiecie jak mi najczęściej synowie opowiadają o złych ocenach? – Mamo, a wiesz co się dzisiaj stało. Bo na przerwie, to jeden taki kolega… I tak dalej nawija przez kilkanaście minut, by na końcu bąknąć pod nosem: – I dostałem jedynkę, ale już się umówiłem z panią na poprawę… będzie mnie pytała we wtorek.

 

I co? Miałabym tej całej złożonej historii nie usłyszeć? Zalać Syna już na wstępie pretensjami za zły stopień? Nie dać szansy na wyjaśnienie. Nie ucieszyć się, że sam zadbał o poprawę. Nie, nie, nie… I jeszcze raz nie!

 

Uwielbiam techniczne nowinki, ale nie te które wyręczają mnie w wychowaniu.  Dziękuję Librusowi Synergii, za wprowadzenie opłat, które po pierwszym zachłyśnięciu się systemem, pozwoliły mi zauważyć, ile straciłam przez ten czas. Nigdy więcej stałego kontaktu z Librusem Synergią! Tylko minimalne minimum.

 

Spotkania dwa razy w miesiącu zupełnie nam wystarczają. I żeby nikt mnie nie posądzał o zdradę, zwykle wtedy towarzyszy mi Syn, którego oceny oglądam.

 

– Uwaga, mama włącza Librusa! – słyszę nawoływania, gdy informuję, że się loguję. – Tylko mogę pierwszy rzucić okiem? Tak wiesz mamo, żebym sprawdził czy o czymś nie zapomniałem Ci powiedzieć – spytał mnie ostatnio Najmłodszy…

I wiecie co? Niech sprawdza…

 

Co ja się będę niepotrzebnie denerwować?!
Najwyżej usłyszę kolejną zajmującą historię.

 

Lidia Góralewicz

fot. Pixaby

A Ty na jakim etapie „związku” z elektronicznymi dziennikami jesteś? Jak Twój ukochany się nazywa? Oczarowana, czy sceptyczna?

Jeśli to drugie, to proszę Cię, udostępnij.

Pamiętaj! Nic na siłę… najważniejsze, że jesteś. Dziękuję!