W poszukiwaniu drogi

with Brak komentarzy

dziecko na rozstaju dróg– Mamo, co zrobię, jeśli okaże się, że do tego zawodu kompletnie się nie nadaję? – zapytał mój Średni Syn, stojący przed wyborem technikum. Wypaliłam bez namysłu: – Wtedy zmienisz szkołę. Lepiej, żebyś stracił rok, czy dwa niż całe życie. Nie martwmy się czymś, co być może wcale się nie stanie!

Okazało się, że rozmowa miała miejsce w pierwszym dniu trwającego właśnie Tygodnia Wychowania, którego temat przewodni brzmi: “W poszukiwaniu drogi”.

 

Tydzień Wychowania jest inicjatywą ze wszech miar katolicką. Wierzącym szczerze polecam lekturę Listu Pasterski KEP na ten czas, a wszystkim rodzicom wspólną rozmowę z nastolatkiem. Wrzesień jest idealny, by z dystansem pogadać o wyborze drogi życiowej. Nawet, jeżeli konieczność tego wyboru jest wizją odległą.

 

W mojej rodzinie temat wyboru zawodu wraca jak bumerang. I walczy już o palmę pierwszeństwa przed pytaniem: “Co na obiad?”. Więc sami rozumiecie, lekko nie ma. Zderzenie się z młodzieńczymi wątpliwościami jest dla mnie inspirujące. Wszak jak każda matka, pragnę by dziecko było szczęśliwe.

 

Największy sukces jest nieplanowany

 

Może dlatego lubię czytać biografie? Zawsze zaskakuje mnie, jak niespotykane zbiegi okoliczności przywodzą człowieka, do miejsca w którym staje się sławny na tyle, by zabierać się za pisanie biografii. Wierzący nazywają je Opatrznością, niewierzący splotem zdarzeń, wszyscy zdumiewają się, ile rzeczy musiało zaistnieć, by człowiek osiągnął sukces. Zwykle w tych biografiach jest wszystko… z wyjątkiem jednego.

 

Brakuje chęci zdobycia sukcesu!

 

Zauważają to  biskupi Konferencji Episkopatu Polski, których list odczytano w kościołach. Tak piszą:

 

„Viktor Frankl, austriacki psycholog i psychiatra, więzień obozów koncentracyjnych II wojny światowej przestrzegał swych studentów: „Nie gońcie za sukcesem – im bardziej ku niemu dążycie, czyniąc z niego swój jedyny cel, tym częściej on was omija. Do sukcesu bowiem, tak jak do szczęścia, nie można dążyć; musi on z czegoś wynikać i występuje jedynie jako niezamierzony rezultat naszego zaangażowania w dzieło większe i ważniejsze od nas samych…” (Viktor Frankl, Człowiek w poszukiwaniu sensu)”

 

Boleśnie naturalnym jest, że pragniemy dla dziecka szczęścia, które kojarzy nam się z sukcesem, karierą, popularnością i pieniędzmi. Nieco podświadomie je na to przygotowujemy. Ja też tak mam.

 

Młody człowiek jednak kompletnie nie boi się sukcesów!  

 

Bardziej przeraża go wizja, co będzie jeśli coś pójdzie nie tak. Myślę, że stąd właśnie rodzą się pytania: “Co zrobię, jak się okaże…?”

 

Przywitanie z porażką

 

Dlatego, wbijam sobie do głowy każdego dnia, że ważniejsze, by dzieci u progu dojrzałości przygotować na porażkę, czy przegraną, które przynajmniej kilkukrotnie w jego życiu się pojawią. Sukces zawodowy przyjdzie, albo i nie przyjdzie. Natomiast piętrzące się trudności i przeszkody, pewne są jak to, że wzejdzie słońce. Warto przygotować pociechę na to spotkanie.

 

Wiecie, jaką najcenniejszą lekcję otrzymałam od Taty?

 

Pamiętam, to jakby było wczoraj. Dostałam dwóję z egzaminu z matematyki po pierwszym roku studiów. Kompletny szok i niedowierzanie. Mogłam mieć problemy z każdym przedmiotem, ale nie z matematyką! Nie bacząc, że inne egzaminy zdałam, postanowiłam się totalnie załamać, popaść w czarną rozpacz i edukację na szczeblu wyższym posypać popiołem wiecznego zapomnienia.

 

Zadzwoniłam do domu z tą radosną nowiną, że rodzice nie będą musieli ponosić kosztów mej daremnej edukacji. Nim zdążyłam dobrze wrócić na stancję, Mama i Tato już pukali do drzwi. A mieli do przejechania prawie 50 kilometrów! Mama pocieszała. Tato wyciągnął swój indeks sprzed lat i prawie z dumą, pokazał widniejącą tam dwóję z egzaminu. Młodzieży wyjaśniam, że kiedyś nie było jedynek 😉

 

– Studia skończyłem, pracę zdobyłem – podsumował, dając jasno do zrozumienia, że utrata nawet całego roku nauki jest niczym w porównaniu ze zmarnowaniem życia. A dróg do osiągnięcia celu jest naprawdę wiele. I istnieje coś takiego jak “kampania wrześniowa”, gdy mogę pisać poprawę (czego z otchłani swej rozpaczy, w ogóle nie dostrzegłam).

 

Zapamiętam tę chwilę na zawsze. Obiecałam sobie, że jeśli kiedyś będę mieć dzieci, właśnie tego je nauczę. Pokażę im, że po każdej nocy, nadchodzi dzień. Nie ma sytuacji bez wyjścia. Z prawie każdej drogi można zawrócić.  I zawsze mogą liczyć na moje i Męża wsparcie.

 

A swój indeks z dwóją schowałam, a nuż się przyda? 😉

 

I choć wspomnienie oblanego egzaminu przyprószył nieco kurz czasu, rozbłysł na powrót jak Wielki Wybuch, gdy tylko Syn zapytał o ewentualną porażkę.

 

Czego uczę dzieci?

 

Niezwykle dla mnie ważnym jest, by nauczyć ich poszukiwań. Najpierw inspiracji, pasji i zainteresowań, na co dziecku trzeba dać odpowiedni czas. Potem szukania przedsięwzięć, których podejmie się w młodości… nawet jeśli chce zostać przedszkolanką. A na koniec odkrywania tych najpoważniejszych z dróg, jaką jest powołanie życiowe, zawodowe i dobra praca.  Doskonale oddali to w swym liście biskupi:

 

Rozeznawanie powołania nie opiera się na prostych podpowiedziach przychodzących z zewnątrz. Chodzi w nim raczej o ustawienie wewnętrznej busoli, która umożliwi w każdej życiowej sytuacji odkrycie najlepszej z dróg.

 

Wierzący mają wsparcie w Słowie Bożym, Duchu Św. i modlitwie. Jak z tych darów korzystać, tłumaczy ów List Pasterski, więc kto zainteresowany odsyłam do źródła.  Uważam, też, że warto nauczyć dzieci szukać w życiu tego, co fascynuje i zajmuje na dłużej. Odkrywać indywidualne predyspozycje. Właśnie po to, by w dorosłym życiu umiejętnie znaleźć równowagę pomiędzy pracą, a życiem rodzinnym. Między zainteresowaniami, a relacjami. Marzeniami do spełnienia, a rezygnacjami. Wszak to proces nieustający, o czym również wspominają biskupi:

 

„Często w naszym życiu stajemy na rozstaju dróg. Jest jasne, że nie da się iść kilkoma naraz, dlatego trzeba podjąć decyzję, którą z nich wybrać. (…) skrzyżowania dróg życiowych mogą być związane z wyborem pracy, decyzją dotyczącą dalszego kształcenia, miejsca zamieszkania. Rozeznawanie powołania bywa kojarzone z młodością, jednak umiejętność ta potrzebna jest przez całe życie.”

 

Którędy zatem do szczęścia?

 

Nie mam mapy. Nie wskażę drogi. Bardziej niczym domorosły coach, zadaję pytania, ufając, że Syn sam sobie na nie odpowie. I wiem, że to pierwsze wątpliwości… a skończenie czterdziestki nie daje gwarancji, że miną 😉 Tak jak stoi w liście:

 

„Rodzice (…) Mogą to czynić przez rozmowę, dobre rady, dzielenie się doświadczeniem, stawianie pytań, a przede wszystkim przez samą obecność.”

 

Nigdy przez wskazywanie gotowych rozwiązań!   

 

Więc gadamy, gdybamy, puszczamy wodzę fantazji, opowiadamy anegdoty z młodości i śmiejemy się z surrealistycznych wizji przyszłych zawodów i biznesów, z których sławni będą  moi Synowie. Scenariuszy jest tyle, że spokojnie nimi można obdzielić kilka pokoleń. Najfajniejsze jest, że o tym rozmawiamy!

 

Dlaczego wrzesień jest najlepszym miesiącem na rozmowy o przyszłości? Ponieważ możemy sobie poteoretyzować i snuć wszelakie wizje… które niczym jesienne liście sfruną ku nicości.

 

A może któraś z nich wykiełkuje wiosną, ze zdwojoną siłą?

Czas pokaże  🙂

 

Lidia Góralewicz

 

Dajcie znać, kto rozmawia z dziećmi o zawodowej przyszłości? Kto w tym roku kończy gimnazjum, ósmą klasę lub pisze maturę? Ile mieliście lat, gdy wyklarowało się to, co będziecie w życiu robić?
A jeśli podzielicie się tekstem ze znajomymi, to ściskam z wdzięcznością!