Lekcja dla matki od Pięciolatki

with Brak komentarzy

Moja głowa jest czasem jak peleton maratonu. Jedna myśl goni drugą, a ta trzecia już się wcina między obie. Kilkadziesiąt piętrzy się przy mecie, zachłannie walcząc o moją uwagę. Trzeba było Pięciolatki, żeby to całe towarzystwo puścić z dymem niepamięci, przepuszczając do mety jedną myśl… Najważniejszą.

 

Nakupiłam papilotów. Po dwóch latach marzeń Córki o prostych włosach, dziecięce loczki jako tako się wyprostowały… Wtedy zaczęła marzyć o tym, by na powrót były zakręcone. Cóż? Czyż jest lepsza okazja na spełnianie marzeń niż urodziny?

 

Odpaliłam You Tube, coby się doszkolić jak na tych wałkach pukle zwijać. Tak jakoś mi się życie ułożyło, że ćwiczenia w tym zakresie szczęśliwie mnie ominęły. Nakupiłam też ozdób na tort, w tym pięknie wydrukowany na opłatku portret Szacownej Jubilatki. Znowu odpaliłam You Tube, by tym razem kunszt cukierniczy doszlifować. Kupiłam prezenty, takie niewielkie, ale najbardziej wymarzone. Upolowałam maliny w Lidlu. Co prawda mrożone, ale cóż poradzić, jak Córcia śni o malinowym torcie w listopadzie? A i jeszcze balony! Kolega przytomnie wspomniał na Facebooku, że czas je pompować, a te… nieświadome roli, jaką miały odegrać w całym przedsięwzięciu, spokojnie spoczywały jeszcze na marketowej półce… Więc dyla po balony do sklepu. Moje dziecko mało ma szczególnych życzeń. A balony wymarzone, bo w domu pompka jest do balonów, więc się świetnie składa i się przyda.

– Mamo, tak będę sobie siedzieć i pompować – Córka zaplanowała własny wstęp do całej uroczystości.

 

Wszak to miały być najpiękniejsze urodziny Pięciolatki. Kto ma akurat pod ręką jakiegoś pięciolatka, wie jak na tego typu wydarzenie, długo się czeka. Zwykle zaczyna się czekać zaraz po czwartych urodzinach. Więc, gdy w końcu ten wielki dzień nadchodzi, matka chce sprostać wyzwaniu.

 

Zaczęło się nieciekawie…

 

Trwająca dwie minuty lekcja z You Tuba, zajęła ponad pół godziny w realu. Dziecię, między jednym papilotem a drugim, trzymała w ryzach tylko ta wizja pompowania balonów. Nic więc dziwnego, że wylokowana główka ze złości się zatrzęsła, gdy okazało się, że pompka, która była sensem całej balonowej zabawy, zaginęła w sposób nieodgadniony. Szczęściem w nieszczęściu okazał się brat rodzony, co całą sytuację własnymi płucami ratować zaczął.

 

Podczas, gdy na górze trwała walka o jędrne brzuszki balonów, ja w kuchni podjęłam nierówną walkę z opłatkowymi ozdobami, co mi się na torcie zaczęły zwijać i wyginać. A portret Pięciolatki zaczął przypominać bardziej wyglądem stulatkę… i to wybaczcie Państwo porównanie… z cerą świeżo po zgonie.

 

Przyznam, że widząc to, sama byłam w agonii… myśli pędziły tabunami, lokalizując adresy najbliższych cukierni i skupiając czeredkę argumentów, które miały sprawić, że mój Mąż w podskokach tam właśnie się uda, kupić coś na kształt torta, co honor matki uratuje. Wszystko wskazywało, że o wygraną w maratonie moich myśli, zawalczyć postanowiła czarna rozpacz… a kręcące się w oku łzy, gotowe były trysnąć, by jej tryumf ogłosić całemu światu.

 

Córcia przybiegła, nim pierwsza słona kropla zrosiła cukierniczą katastrofę.

– Mamo, co Ty? Czemu się smucisz – spytała.

– Brzydki tort mi wyszedł. Zupełnie nie taki, miał być… Przepraszam… – szepnęłam zrezygnowana, wspominając, że rok temu też na torcie siedziała baletnica przypominająca skrzyżowanie Świnki Pepy z Fioną, tylko bardziej w majtkowym kolorze. Tym razem miało być lepiej. Wyszło… tradycyjnie, czyli fatalnie.

 

Młoda ogląda tort…

 

Widzę, że dostrzega wszystkie jego wady. Potem wzbija się na wyżyny dziecięcej dyplomacji.

– Mamusiu to jest najpiękniejszy tort…  Mamusie zawsze robią dzieciom najpiękniejsze torty.

 Kochanie, ale chciałam, żebyś miała tort ze swoim portretem, a tu wyszły takie krzywulce.

– Przecież to jest tort, czyli jedzenie. Najważniejszy jest smak, a nie to jak wygląda. A smak jest pyszny, przecież sama miskę wylizywałam – oznajmia z dumą.

 

Wzrusza mnie to jeszcze bardziej i daję za wygraną łzie cisnącej się w kąciku oka.

– Kochanie, przepraszam. Wszystko mi nie wychodzi. Pompka akurat dziś zginęła, tort nie wyszedł, a nie wiadomo jeszcze, co będzie z Twoimi włosami…

– Jak nie wyjdą loki, to zrobimy koka. I też będzie fajnie – przytula się najczulej jak potrafi. – Mamusiu… do udanych urodzin potrzeba tylko, żebyś się w końcu uśmiechnęła – szepcze moja Mała, a ja zalewam się potokiem łez.

 

Łez zaskoczenia, szczęścia i rozpaczy z własnej głupoty.

 

Żal mi okrutnie całego dnia, który zdominowałam własnymi nerwami… zapominając o najważniejszym.

 

Nie ma radości dziecka, bez uśmiechu na twarzy matki.

   

Taką mi lekcję życia zafundowała Pięciolatka.

 

Dziękuję Córeczko Kochana.

 

Trzy dni minęły, a ja się nieustannie do niej uśmiecham. W rozmowie z chłopakami przyjmuję radośniejsze oblicze. A wpis ów zamieszczam w pamiętniku właściwie dla siebie… Żeby o tej prostej prawdzie pamiętać, jak mi wkrótce przyjdzie do głowy, któreś z dzieci uszczęśliwić.

 

Lidia Góralewicz

 

Spodobała Ci się ta historia… Udostępnij. A jeśli nie, to chociaż ją zapamiętaj. I uśmiechnij się do dziecka. Tak niewiele trzeba, by je uszczęśliwić.