Konsekwencje to nie kara

with Brak komentarzy

Ukarane dziecko w dybach. Zdjęcie z wycieczki do zamku w DobczycachChcesz dziecko czegoś w życiu nauczyć, pokaż mu konsekwencje zdarzeń. Chcesz dziecko upokorzyć… zastosuj kary.

 

Obiecałam, że kiedyś napiszę, czy wobec dzieci stosuję kary. Oczywiście. Bardzo dużo, strasznie srogie i… wszystkie podlegające negocjacjom na rzecz winowajcy 😉

 

Jak każdemu rodzicowi zdarza się, że mam ochotę wyjść z siebie i stanąć obok. Ewentualnie prysnąć z domu i niech się dzieje co chce…

 

Poprosiłam, przekonałam, pokrzyczałam nawet (moja wina sic!)… i nic. Dziecko swoje. Nie wiem, czy uparte czy zwyczajnie nie zainteresowane rzeczami z pogranicza ludzkiej egzystencji. Nie uczy się, nie sprząta, zapomina, upiera się przy czymś, spóźnia… dalej wpisz stosowne przewinienie.

 

Próbowałam niczym Super Niania, sadzania na krzesełku “za karę”, potem zakazu telewizji, czy szlabanu na komputer… zdarzało się też zabronić wyjścia do kolegi, czy na ulubioną zbiórkę. Oj działo się!

 

Kilka lat mojego macierzyństwa wystarczyło i zauważyliśmy z Mężem, że kompletnie nie jesteśmy w tym karaniu konsekwentni. A już magiczne słowo “przepraszam”, działo we mnie prawdziwe cuda. Przyznaję. Miękłam.

 

Wyglądało to mniej więcej tak:

– Za karę nie idziesz na zbiórkę – orzekałam.

Po trwającej kwadrans lub niewiele dłużej ciszy, zgłaszał się delikwent.

Zwykle z tekstem: – To niesprawiedliwe!

 

I po tych słowach, tak od serca i do bólu szczerze rozmawialiśmy sobie, co sprawiedliwe jest, a co nie. Mogłam wygłosić małe kazanko. Winowajca udawał, że słucha. W końcu docierała do niego brutalna prawda o tym, że jeśli nie przeprosi, to kazanie może trwać w nieskończoność. Potem ja przepraszałam, że krzyczałam. I wszystko wracało do normy.

 

I taka to się u nas toczyło przez lata… aż dotarło do mnie, że w tym szaleństwie jest metoda!

 

Dlaczego? Zwyczajnie to nasze “karanie”, a później negocjowanie było podstawą do omówienia problemu, wymiany wzajemnych żali i pretensji, a nawet niezrozumienia, by na zakończenie mogła zapanować święta zgoda.

 

Oczekiwałam, że brak konsekwencji wyjdzie z czasem i synowie rozbestwią się niesłychanie. I wiecie co? Nic takiego się nie stało… przynajmniej na razie. Więc długoletniej gwarancji nie daję 😉

 

Z perspektywy czasu patrząc na nasze postępowanie, myślę, że wiem dlaczego tak się dzieje. Kara, ta głośno wypowiedziana była w mojej rodzinie pretekstem do negocjacji, do dalszego dialogu, by w końcu wzajemnie dowieść, jak bardzo się  kochamy.

 

Najlepsza w “karaniu”, była ta rozmowa. Wymiana argumentów. Pokazywanie swoich emocji. Zrozumienie, dla cudzych racji. Potem nastawał nieodłączny element każdego karania, słowo: “przepraszam” i darowanie kary.

 

Przy czym zawsze przepraszał ten, kto zawinił. Z bólem serca, przyznaję, że czasem byłam to też  ja. Źle się wyraziłam, emocjami potęgowałam złe nastroje, w afekcie zrzuciłam winę na niewinnego… długo by wymieniać.  Rozmowa, pozwalała ochłonąć i na spokojnie ocenić zachowanie, nie tylko dziecka, ale również moje.

 

Zresztą zawsze powtarzam, że warto wychowanie dziecka zaczynać od siebie.

 

Wierzącym jeszcze dodam, że Jezus nigdy nie zastosował kary. Tylko kochał i przebaczał.
Przypadek? Nie sądzę! 😉

 

Ktoś zapyta: skoro nie karanie, to jak inaczej nauczyć dziecko, że życie zwykle nie jest stąpaniem po czerwonym dywanie?  

 

Pozwól ponosić konsekwencje

 

Serce mi się czasem w plasterki kraje… ale pozwalam się dziecku zmierzyć się z niektórymi konsekwencjami. Uczą więcej, niż wszystkie kary świata.

 

Jak to zrobić? Pozwolić dziecku ponieść skutki własnego postępowania.  Wydaje się, że to proste. Uwierzcie mi, że bycie konsekwentnym nie jest wcale łatwym zadaniem. Kilka przykładów z życia wzięte.

 

Maluch chce na śnieg wyjść w sandałkach i tłumaczenie, że zmarznie nie pomaga? Wtedy pozwalam. Serio. Doświadczenie uczy bardziej niż teoria. Uwierzcie mi, że wnioski wyciągnięte były, nim zrobił kilka kroków.

 

Prosiłam, by dał bluzę do prania. Nie przyniósł? Nawet za trzecim razem. Pierze sam… ręcznie 😉

 

Nie zrobił dobrze zadania, ale za nic nie chce poprawić. Odpuszam. Kiepska ocena najdobitniej pokaże, kto miał rację. Niestety.

 

Zapomniał drugiego śniadania do szkoły? Przykre to, ale chodzi głodny. Drugi raz prędko nie zapomni.

 

Prosiłam, by wszyscy byli gotowi do wyjścia na daną godzinę. Któryś nie przyszedł? Trudno. Odjeżdżamy bez niego.

 

Bawi się widelcem, wymachując przed oczami bratu. Nie pomagają upomnienia. Kolejne pół godziny spędza z  oczami przewiązanymi chustką. Niech widzi, jak to jest, gdy się nie widzi.

 

Zapomniał klucza od domu. Przykro mi. Siedzi na ławeczce i czeka, kto pierwszy wróci z kluczami. Czasem siedzą we dwoje, wtedy raźniej… 😉

 

I tak dalej, i tak dalej… Wiem, wiem…

 

Trochę to zalatuje bezdusznym tyranem?

 

Spokojnie. Serce mam miękkie jak wosk… więc ponoszenie konsekwencji osłodzone jest miodem matczynej miłości.

 

Wyprawa w sandałach na śnieg jest tak naprawdę dobrą zabawą, a dziecię wraca tak szybko i tak zaskoczone, że śmiechu co niemiara. Słowo daję. Taką akcję każdy syn miał zwykle raz w życiu. Później jakoś nikt nie miał ochoty na odzieżowe ekscesy… Nie licząc nastolatek, co gołą kostką błyskają na mrozie. Bóg mnie w swej litości obdarzył na wstępie nastoletnimi synami… więc nie pomogę 😉

 

Pranie bluzy uważam za niezwykle ważną umiejętność życiową. Więc się uczą, jeśli nie dostarczą na czas brudnych ubrań do pralki. Oczywiście tym nauczycielem siłą rzeczy musiałam być ja 😉 Nauczył się chyba już każdy i nie pamiętam, kiedy sobie sami ostatnio coś prali. Chyba na harcerskim obozie… z konieczności.

 

Zadanie szkolne? Cóż. Wiem, że są rodzice, którzy preferują odrabianie zadań wraz z dziećmi. Ja preferuję pomocy udzielać, gdy któreś dziecię poprosi. A jak prosi i nie słucha dobrych rad? Myślę, że dotkliwe spotkanie z autorytetem nauczyciela, uwiarygodnia autorytet rodzica. Z kolejnych rad, korzystają już chętniej 😉   

 

Inna konsekwencja: kto nie gotowy, nie jedzie. Samochód odjeżdżał bezwzględnie, bez Syna, który zbyt długo nie mógł rozstać się z konsolą. I tu się przyznaję. Konsekwentnie zawracaliśmy kilka przecznic dalej 😉 Nie miałam ani serca, ani odwagi, by zostawić dziecko w domu same. Kilka zawracań później, wszyscy na czas są zawsze gotowi 🙂

 

Brak śniadania i zapominanie kluczy, to akurat przykład z życia, w których konsekwencje dopadły ich w końcu same. Zwyczajnie ja byłam w innej miejscowości. I choćbym chciała, nie miałam jak gnać z pomocą. Zapomniałam, kiedy ostatnio któryś coś zapomniał 😉  

 

A zasłanianie oczu? Ad hoc wymyślone, gdy namiętnie w dzieciństwie synowie okładali się kijami, widelcami i innymi ostrymi przedmiotami. Okazało się znakomitym pretekstem do rozmów o niepełnosprawności. Pomogło. Polecam!

 

Kochani! Stosujcie konsekwencje, a nawet “srogie kary”… ważne, by pociechy czuły, że cokolwiek robicie, podyktowane jest troską i miłością. Nie ma  dla dziecka nic gorszego, niż obojętność… a o tą najłatwiej, gdy je we wszystkim zwyczajnie wyręczamy.

 

Lidia Góralewicz

 

Postscriptum

WAŻNE! Podczas wykonywania zdjęcia do wpisu, nie ucierpiało żadne dziecko, a wręcz przeciwnie kilkoro dzieci miało świetną zabawę 😉