Dajcie dzieciom święty spokój

with Brak komentarzy

Kombinujesz już jak do planu lekcji dziecka dokoptować zajęcia dodatkowe? Kto, gdzie i kiedy syna czy córkę odwiezie, przywiezie, przebierze, przepakuje…

Zajęcia pozalekcyjne.

Potrzeba dziecka, czy widzimisię rodziców? A może konieczność XXI wieku? Czy nie lepiej, jak radzi Carl Honoré w książce “Pod presją”, dać dzieciom święty spokój? Odpowiedzi jednoznacznej nie ma. Niestety.

– Tato, zapisz mnie jeszcze na zumbę. Uwielbiam tańczyć. Proszę, proszę, proszę… – podsłuchałam kiedyś rozmowę pięciolatki z ojcem. Prosiła tak już nie pierwszy raz. Właściwie po każdym wyjściu z lekcji baletu. Tym razem tatuś raz na zawsze rozwiał jej nadzieje. – Od przyszłego miesiąca masz lekcje pływania. Zapomnij o zumbie – usłyszała mała i w tej samej chwili zalała się łzami.

Tuż obok inny tatuś, co tydzień wkładał kapcie, by towarzyszyć córeczce w pierwszych baletowych kroczkach. Bez jego asysty, dziewczynka nie chciała nawet oderwać się od filara. Dopiero ostra interwencja trenerki załatwiła sprawę. Tatuś się poddał!

Matka jednej z baletnic za to nie poddawała się długo. – Dlaczego dziewczynki jeszcze nie uczą się stania na pointach – pytała instruktorkę. Usłyszała, że to niebezpieczne dla zdrowia u tak małych dziewczynek. – Nie martw się kochanie. Będziemy trenować to w domu – pocieszyła córeczkę.

 

Jak dla mnie trzy szokujące postawy, z jednego tylko baletowego doświadczenia.   

 

Miałam ochotę krzyczeć, rodzice co z WAMI???

 

Basen, taniec, język obcy, karate, szkoła muzyczna, szachy, a może piłka nożna? Czy lepiej coś oryginalniejszego: jazda konna, koło astronomiczne, warsztaty makramy, zajęcia z robotyki, czy układania sushi? Wrzesień jest czasem pełnym rodzicielskich rozterek. Czasem pełnym negocjacji pomiędzy tym czego pragnie dziecko, a czego dla dziecka pragniemy my… rodzice.

 

Niestety niezwykle często to drugie – rodzicielskie pragnienie wygrywa. Czy słusznie? Carl Honoré w książce “Pod presją. Dajcie dzieciom święty spokój” nie daje gotowych recept jak wychować szczęśliwego i zaradnego młodego człowieka. Natomiast podkreśla całą masę rodzicielskich zachowań, które dziecko zwyczajnie przytłaczają. Powoduje, że żyją pod rodzicielską presją.

 

Przyznaję. Autor książką, przyparł mnie do ściany i pozostawił na dłuższy czas w bezdechu.

 

Własna reakcja zaskoczyła mnie o tyle, że myślałam, iż jestem kwintesencją matczynej spolegliwości, jeśli chodzi o zajęcia dodatkowe własnych dzieci. Nigdy synom, czy córce niczego nie narzucałam, ani też specjalnie nie zabraniałam. Z wyjątkiem lekcji chińskiego, które zapragnął pobierać Średni Syn, a najbliższy spec od tego języka, nie licząc sprzedawców towaru ze wschodu, dostępny był 40 kilometrów od domu.

 

Okazuje się, że po lekturze książki, mam sobie wiele  do zarzucenia.

 

Rodzice helikopterowi

 

Dlaczego Carl Honoré, czepia się rodziców i pisze wprost w tytule: “Pod presją” Dajcie dzieciom święty spokój”? Poniekąd autor uważa, podobnie jak ja, że dzieciaki niejednokrotnie traktowane są przez rodziców niczym wizytówki. Pisałam o tym w tekście “Dziecko nie jest twoim sukcesem”. Z jednej strony rodzice są gotowi inwestować w potomka spore kwoty, wyręczać go i wspierać we wszystkim, z drugiej zaś strony oczekują, iż spełni ich oczekiwania i zaspokoi wybujałą niejednokrotnie ambicję.

I nie chodzi tu tylko o zajęcia dodatkowe. Autor udowadnia, że jako rodzice, krążymy nad dziećmi niczym helikoptery, zatracając się w ich kontrolowaniu i sprawdzaniu każdego wycinka z ich życia. Sypie przykładami z Ameryki i rozwiniętych państw zachodu.

 

Czytając ma się wrażenie, że ten “zachód” już do nas przybył.

 

Dopiero od kilku pokoleń rodzice troszczą się o edukację dzieci. Pamiętamy z filmów, książek, że jeszcze w początkach XX wieku, uważano edukację za zbędną. A i w latach 60 i 70, jak pisze Honore stawiano na spontaniczność i twórczą inwencję dzieci, co zmieniło się dopiero w latach 80-tych, gdy w krajach anglojęzycznych nastała moda na testy i naukę pamięciową. A potem na pilnowanie dzieci w nauce i doskonalenie ich zdolności. Z czasem ten nurt dotarł i do nas.

 

Carl Honoré wspomina, że sam uległ presji ulepszania na siłę życia swojego dziecka.

– Pana syn naprawdę się wyróżnia. (…) Zdumiewające u siedmiolatka, żeby tak poradzić  sobie z perspektywą. To naprawdę utalentowany młody artysta – usłyszał kiedyś autor książki od nauczycielki plastyki. – I to jest to magiczne słowo, które brzmi jak muzyka w uszach każdego rodzica. Utalentowany! – opisał swoją reakcję. Już zaczął snuć wizję sławy potomka, z planami wystaw w Londynie i Nowym Jorku włącznie. Prędko znalazł kurs rysunku dla syna. Wkrótce okazuje się, że maluch jest nie tylko zdolny, ale i mądry.

– Nie chcę chodzić na lekcje, żeby jakiś nauczyciel mówił mi co mam robić, ja chcę po prostu rysować. Dlaczego dorośli ciągle muszą rządzić! – zbuntował się Syn autora.

Honoré przyznał się do „winy”: – Coś chce we mnie nad tym szczęściem zapanować, udoskonalić i oszlifować talent syna, doprowadzić jego kunszt do doskonałości.

 

Emocje musiały być dość intensywne, skoro na jego podstawie powstała cała książka!

 

Faktycznie, w XXI wieku oferta zajęć dodatkowych jest przebogata. Nawet w prowincjonalnym mieście, takim jak moje. Aż żal z czegoś nie skorzystać. Tylko jak wybierać, by wybierać mądrze? A może pozostawić dzieciom więcej czasu na zabawę, czy nawet na nudę?

 

– Gdyby małe dzieci mogły się więcej bawić, mielibyśmy lepszych inżynierów, lepszych menadżerów i inspiracji w miejscach pracy” – możemy przeczytać w książce głosy ekspertów edukacji.

 

Autor zaś przekonuje, że życiową pasję i powołanie najprościej można znaleźć bawiąc się i nudząc. A ta nuuuda musi trwać na tyle, by wyzwolić w dziecku kreatywność… którą znów w zarodku próbują zgasić rodzice, gdyż kosztuje masę nerwów, prania, sprzątania a czasem i pieniędzy.

 

Reportażysta przekreśla również popularne myślenie o szkodliwości gier komputerowych. Co też nie znaczy, że należy nimi szafować bez umiaru!

– Po dziesięciu latach rewolucji IT (…) nie wszystkie technologie rodzą się równe, wiele na przykład gier komputerowych jest lepszym treningiem dla umysłu niż oglądanie telewizji – przeczytałam w książce. Ufff… donoszę o tym z ulgą, gdyż przez wakacje były takie dni, że moje dzieci grały bez umiaru. Więcej o zasadach związanych z konsolą, pisałam w tekście: “Niekończąca się gra komputerowa”.  

 

Dziecko zarządzane

 

Książka daje do myślenia. Zwraca uwagę nie tylko na naszą nadgorliwość w wymyślaniu zajęć dla dzieci, ale też na to, że chcemy być obecni w każdej sferze ich życia. Życie dzieci przypomina “Truman Show”. Zaczyna się od nagrania USG, przez filmowanie pierwszego płaczu, pierwszej kupki, pierwszego ząbka, aż po kamery w żłobkach i w przedszkolach, przez komórki z lokalizacją dziecka, aż po planowanie każdej minuty jego dnia. Ciężko nam zdecydować się również na to, by choć na chwilę spuścić dziecko z oka. Nawet te już całkiem dorosłe. Autor opowiada, że uniwersytety północno amerykańskie zatrudniają w pełnym wymiarze pracowników, odbierających telefony od rodziców, którzy dorosłym już przecież dzieciom, chcą wybrać przedmioty, zmienić grupę, sprawdzić współlokatorów, czy zapytać o jedzenie na stołówce. A firma Ernst & Young alarmuje, że coraz częściej rodzice przychodzą z dziećmi na rozmowę o pracę!

 

– Nawet kolonie i obozy nie chronią już dziecka. Zdjęcia i wideoklipy z lasów i jezior na bieżąco napływają do skrzynek odbiorczych rodziców – zauważa autor.  

 

Opowiada też, że rodzice protestują, gdy akurat ich dziecka nie ma na zdjęciu. A jak jest, to też źle, bo się nie uśmiecha. Jakby nie było, rodzic jest zaniepokojony i zamiast cieszyć się czasem spędzonym bez dziecka, śle monity i zapytania do kierowników wycieczki, ewentualnie szkoły czy przedszkola.  

 

Czy czegoś Wam to nie przypomina?

 

Autor pisze dalej: – Dzieci nadmiernie zaangażowane w sport też nie mają lekko. Szkodzi im nadmiar treningów w zbyt młodym wieku. Urazy takie jak uszkodzenia wiązadeł krzyżowych stawu kolanowego, spotykane u studentów akademii fizycznych, dziś występują u 9 latków. A kiedy ciało wysiada, umysł idzie w ślad za nim. Depresja, smookaleczenia, zabużenia odżywiania, coraz częściej pojawiają się na całym świecie.

 

Honore chyba nie przesadza, biorąc pod uwagę pojawiające się raz po raz alarmy w polskiej służbie zdrowia o przepełnieniu dziecięcych oddziałów psychiatrycznych… co oczywiście, nie należy wiązać wyłącznie z rodzicielskimi wymaganiami stawianymi dzieciom!

– Nie jestem pierwszym rodzicem, który chce wprowadzić dziecko na sam szczyt. To się rozumie samo przez się. Dwa tysiące lat temu pewien nauczyciel, zwany Lucius Orbilius Pupillus, uznał ambitnych rodziców za ryzyko zawodowe rzymskich nauczycieli. Kiedy po pojawieniu się małego Mozarta zapanowała moda na cudowne dzieci, wielu Europejczyków intensywnie kształciło swoje potomstwo, widząc w nich zadatki na geniuszy. W dzisiejszych czasach presja, żeby wyciągnąć z dzieci ile się da, wydaje się niepohamowana. Chcemy, żeby miały wszystko co najlepsze i żeby były najlepsze we wszystkim. Chcemy, żeby były artystami, uczonymi i sportowcami, żeby szły gładko przez życie bez trudów, bólu i porażek – pisze.

 

Gdziekolwiek spojrzeć, zewsząd płynie jedno przesłanie: dzieciństwo jest zbyt cenne, by zostawić je dzieciom, a dzieci są zbyt cenne, żeby zostawić je same sobie – zauważa autor, przekonując, że po czasach Dziecka Pracującego wiek XIX i Wolnego Chowu wiek XX, nastała era Dziecka Zarządzanego.

 

– Rozkład dnia wielu dzieci przyprawia o ból głowy niejednego dyrektora generalnego – podkreśla autor podaje przykład 10-letniego Johna, który miał tyle zajęć dodatkowych, że przestał się w nich orientować. Troskliwa matka dołożyła zatem jeszcze korepetycje z “zarządzania czasem”, by wykorzystywał go efektywniej. Takich szokujących przykładów autor mnoży więcej.  

 

Gdzie czas na zabawę?

 

Jak zatem znaleźć złoty środek? Jednej, niezawodnej recepty nie ma.

 

Warto przeczytać książkę Carl Honoré, by zastanowić się, czy jako rodzice zwyczajnie nie przeginamy. Na przykład ciągnąc kilkulatkę, wbrew jej woli, na balet. Książkę bardzo polecam! Wyrywa z butów i daje do myślenia, bez poradnikowego zadęcia.

 

Myślę też, że warto też przyglądnąć się planom dnia swoich dzieci. Przeanalizować, ile z zajęć pozalekcyjnych jest odzwierciedleniem dziecięcych pasji, a ile naszych rodzicielskich aspiracji.

 

I co najważniejsze, upewnić się, czy jest w nich przewidziany czas na bycie dzieckiem, czyli czas na zabawę. 

 

Ciekawa jestem jak w Waszych domach zapadają decyzje o zajęciach dodatkowych?
I ile czasu dzieci mają wolnego, wyłącznie na własny użytek? Koniecznie napiszcie! Proszę.

 

Lidia Góralewicz

 

Udostępnij, jeśli uważasz temat za wart przemyślenia i dyskusji. Zapewne ilu rodziców, tyle opinii. Warto mieć na ten temat swoją własną, przecież ja mogę się mylić 😉