Zwalniam! Czas czerpać radość z życia

with Brak komentarzy

Szlaban, znak stop i czerwone światłoW średniowieczu przypominano: “Memento mori”. Myślę, że wyzwaniem na XXI wiek powinno być motto: “Memento vivere” (pamiętaj, że żyjesz)! I czerp radość z życia. Garściami!!!

To był zwyczajny szary dzień… całkiem jak w piosence Giżowskiej, tylko zamiast siedzieć w domu, pędziłam objazdem do pracy. Piątek. A ja znowu na ostatnią chwilę, bo Mała w nocy niespokojnie spała. Prędkość tego “pędzenia” musiałam niestety dostosować, do wstążki aut skazanych na ten sam odcinek z wertepami. Zatem na liczniku jakieś 40 km/h, za to mózgowe zwoje zaiwaniały ze żwawością bugatti na niemieckiej autostradzie. Pospiesznie analizowałam, który dziś jest dzień i na jakie sprawozdania czas w pracy… Potem szybki odwrót do spraw domowych, czyli kiedy zrobić zakupy i że koniecznie muszę jechać w końcu po tę bluzkę, co to jej potrzebuję… Dziś albo nigdy! I weekend. A co może być tej Małej, że tak popłakiwała? Może jej się coś przyśniło? A co z tym weekendem? A tak, ma przyjść rodzina, więc nici z bluzki, ewentualnie kupię tylko ser na serniczek i co jeszcze podać? Papier pakunkowy!!! Muszę zaraz po pracy kupić papier! Imieniny Męża! Prezent jest, ale nie zapakowany. Trzeba się z tym uporać, nim wróci z pracy. A potem posprzątać. Dziś sprzątać, a piec jutro? Czy może odwrotnie? Chłopaki może pomogą. A który dziś jest? Osz kurka, jutro rajd mają. Czy ja miałam coś kupić na ten rajd???

 

Wkradł się chaos?

 

Cóż poradzę! Moje myśli krążyły niczym adepci szkoły jazdy na rondzie w Rzymie. Jakoś udało mi się w ich natrętnym rytmie dojechać do pracy. Nim zdążyłam zgasić silnik, zadzwonił telefon.

– Z Młodą kiepsko. Coś za gorąca – zameldował Mąż, który miał odprowadzić dziecko do przedszkola. – Co mam zrobić?

Kurka, co robić? Ja przed pracą. On teoretycznie w drodze do pracy. – 39,5 stopni ma – precyzuje Mąż. Wtedy już zaczęłam wydawać polecenia jak z karabinu maszynowego:

– Idź do lekarza. Trochę się spóźnisz. Zadzwoń do Mamy. Jak mama nie da rady, weź na mnie opiekę. Jak da radę przyjść do Małej, to niech przyjdzie, a potem się zobaczy – dyryguję.

Uff. Mama radę dała. Przedpołudnie zleciało jako tako, po południu telefon.

– Kiedy mogę jej dać kolejny raz lekarstwo, bo brała dwie godziny temu i dalej gorąca – pyta Mama.

– Ile ma?

– 39,9 – usłyszałam w słuchawce i zamarłam… resztką zmysłów dotarło do mnie, że Mama mówi coś o okładach.

– Tak, tak… okładaj – krzyczę i rozłączam się, by pod telefonem jeszcze złapać lekarkę.

Gdyby był konkurs na pracownika najszybciej opuszczającego stanowisko pracy, pobiłabym wszelkie rekordy, zdobyła złoty laur i tytuł uciekiniera roku.

Powrotna droga i 80 km/h na liczniku. Spokojnie! Prędkość dopuszczalna, pomimo wertepów. Pędzę, ile można. Myśli moje też podążają z prędkością światła… O dziwo, z pełnej palety porannych problemów, pozostaje tylko jeden istotny i najważniejszy.

– Niech nie przekroczy 40 stopni! Niech nie przekroczy!!! Niech będzie mniej.  Niech znowu będzie zdrowa! Niech gorączka spadnie. Niech będzie znowu 36,6 stopni – zaklinam rzeczywistość, bo wiem, że Mała lubi z gorączkami szybować w kierunku temperatury wrzenia.  

 

Nic nie muszę

 

Reszty popołudnia już nie bardzo pamiętam. Siedziałam przy Córci. Nieustannie sprawdzałam temperaturę, robiąc jednocześnie rachunek sumienia z samo komplikacji życia. Jeszcze rankiem miałam tysiąc spraw na głowie, aż tu nagle siedzę bezczynnie i nic już nie muszę! Tylko czuwać.

Zakupy okazały się zupełnie nieistotne. O bluzce przypomniałam sobie, dopiero pisząc te słowa. Papier do prezentu  się znalazł… wprawdzie miał chyba bombki i obwieszczał: “Merry Christmas”, za to pierwszy raz Synowie własnoręcznie pakowali. Nic nie gotowałam. Odwołaliśmy grilla. Czuwałam całą noc, raz po raz klikając w coś na telefonie, bo nad żadną książką nie mogłam się skupić. Zasnęłam dopiero około szóstej nad ranem, gdy termometr orzekł, że Mała ma mniej niż 39 stopni. O dziewiątej było już 38,5. Napięcie opadło. Wstałam.

– Co tak cicho? Gdzie chłopcy?

– Na rajdzie – Mąż odpowiada, podając kubek gorącej kawy…

Powoli mogłam wracać z niebytu na swoje miejsce na mapie świata.

Teraz tylko muszę pilnować, by czas nie rozpędził mi się na nowo i cieszyć się chwilą, która właśnie trwa. Mimo trwającej wciąż choroby, mimo zmęczenia… wszak kawa ma doskonały smak!

   

Postanawiam: Pędzisz? Zwolnij!

 

Nim życie Cię zatrzyma. Zwolnij, nim pojawi się choroba lub inna paskuda wywróci Ci świat do góry nogami. Nim okoliczności wyrwą Ci z ręki listę pilnych spraw i z rechotem rzucą nią o ziemię. Zwolnij. Może wykorzystasz do tego wolną niedzielę? Zatrzymaj ten milion nieistotnych myśli, które zabijają się teraz o Twoją uwagę. Zapomnij o nich i zobacz jaki piękny ten dzień! Uścisk Męża tak uspokajający. Wygłupy dzieci beztroskie. Droga do pracy przyjemna. A ludzie dookoła mili i życzliwi. Nie są życzliwi? Więc obdarz ich pięknym uśmiechem i witaj z euforią, niech rozkminiają, co z Tobą nie tego. Zobacz! Przyszła wiosna. Kwiaty kwitną. Piękne słońce. Kawa obłędnie pachnie.

 

Delektuj się chwilą… Choć przez chwilę!

 

Zwolnij! Nim biegnąc, zapomnisz, po co tak gnasz.

 

“Jezu zatrzymaj mnie, nie umiem wyhamować” – aż chciałoby się śpiewać z Arką Noego.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie chcę namawiać do olewania codzienności. Wręcz przeciwnie! Z tych małych rzeczy przecież składa się nasze życie. Ważne jest tylko to, by nadać im właściwe priorytety i poświęcać im tyle uwagi, na ile zasługują.

Oddzielić ziarno od plew, które niepotrzebnie sieją zamęt w głowie.

Zakupy, promocje, telefony, spotkania, fochy, dąsy, plotki, niedomówienia, harmonogramy, smsy, terminy, rachunki… czy będziesz o nich pamiętać za tydzień, za miesiąc, za rok?

Matka, ojciec, mąż, żona, syn, córka, przyjaciel, przyjaciółka, miłość, marzenia, pasje, śmiech do utraty tchu… czy będziesz o nich pamiętać za tydzień, za miesiąc, za rok?

 

Memento vivere – pamiętaj, że żyjesz! Nie jesteś trybikiem w maszynie tego świata, lecz żywą istotą, która ma prawo tym życiem się cieszyć. 

Pędzisz? Zaparkuj czasem i sprawdź, czy coś istotnego w tym życiu Ci nie umyka. Zaparkuj, nim los sam spuści szlaban i zapali czerwone światło.

 

Lidia Góralewicz

 

Wpis zaintrygował Cię? Dał do myślenia?

Będzie mi bardzo miło, jeśli udostępnisz go tym, co za szybko gnają.

 

Postscriptum

Wiem, wiem… Łatwiej napisać niż zastosować. Dlatego wpis dedykuję samej sobie! Do zapamiętania, zastosowania i zahamowania na czas.