Przytul bibliotekarza!

with Brak komentarzy

półka z książkami dla młodzieżyKiedyś bibliotekarki były jak Google. Wypisywało się temat na karteczce i podawało do ręki. Po kwadransie stosik książek o określonej tematyce był przygotowany. Nie znam osoby, której udałoby się z sukcesem zakończyć edukację w XX wieku bez pomocy bibliotekarek. 1 MARCA – Międzynarodowy Dzień Przytulania Bibliotekarza. Pojęcia nie mam, kto wymyślił takie święto, pamiętam jednak, że sama kiedyś miałam ochotę bibliotekarkę przytulić. Nauczyła mnie, by nie kupować dzieciom książek… nim na dobre nie wciągnie ich czytanie.  

Często spotykam się z pytaniami, jaką książkę kupić nastolatkowi, żeby w końcu polubił czytanie? Zdecydowanie i bez wyjątków odpowiadam:

Nic nie kupować. Zapisać do biblioteki!

Dlaczego? Młodzi ludzie są tak różni, jak różnorodna jest literatura. Proponując im tytuły, które nie trafiają w ich gust, zwyczajnie narazimy się na koszty i frustrację. A młodego czytelnika możemy skutecznie do książek zniechęcić. Na wiele lat. O ile nie na zawsze. Zrozumienie tego zajęło mi trochę.

A było to tak…

Inspirowałam się poradami. Internet, aż roi się od wpisów rodziców, którzy przerzucają się tytułami. Moja córka lubi klasykę i pochłonęła „Anię z Zielonego Wzgórza” w dwa dni. Syn uwielbia czytać „Kroniki Archeo” Agnieszki Stelmaszczyk – zdecydowanie polecam. Owszem. Można czytać takie rady, jednak bez gwarancji sukcesu. Kroniki podobały się Jasiowi, to wcale nie znaczy, że  Piotruś też przeczyta je z wypiekami na twarzy. Zwyczajnie może nie być zainteresowany.

Przyznaję. Kiedyś wtórowałam tym radom zawzięcie. Sprawdzałam, co Najstarszy czyta i wrzucałam do sieci tytuły, które wciągnęły go tak, że mógł nie jeść i nie spać, byle poznać zakończenie. A że czytał dużo, wciągało go wszystko, domowa biblioteczka pęczniała niczym Bawarczyk na święcie piwa. Spodobał się pierwszy tom, prędko kupowałam kolejne. Syn nie mógł się od nich oderwać, a przecież już dwóch następnych uczyło się czytać. Wydawało się, że inwestuję w przyszłość. Co ważne! Osobiście też czytałam wszystkie książki. Niewyobrażalne było dać dziecku do przeczytania coś, czego wcześniej nie poznałam.

Sielanka trwała do czasu.

Średni zgłębił tajniki składania liter. I zdecydowanie nie planował szerzej korzystać z nowej umiejętności! Raz po raz podsuwałam mu „sprawdzone” tytuły. Oglądał okładki. Czytał kilka pierwszych kartek i odkładał na późnej. Później nigdy nie nadchodziło. Powoli godziłam się z tym, że jeden z moich potomków nie będzie podzielał czytelniczych pasji rodzicielki.

Aż do czasu, gdy w naszym domu zagościło „Czerwone krzesło” Andrzeja Maleszki. Szczerze przyznam, nie pamiętam skąd się wzięło. Czy ja kupiłam, pod wpływem reklamy? Czy może Najstarszy przytargał z Targów Książki? Pewnego dnia Średni zaginął. Szukam. Wołam. Krzyczę. Nic. Zapadł się pod ziemię. Więc po kolei przeszukuję każde pomieszczenie. W końcu jest. Siedzi zakopany pod kołdrą i zupełnie niezorientowany, że matka już bliska paniki. – Co robisz? – pytam głupio. Niby widzę, że siedzi i czyta. Widzę, lecz oczom nie wierzę!

– Czytam. Chciałaś coś? – grzecznie pyta, oczu na mnie nie podnosząc wcale. Pojęcia nie mam, co chciałam! Wycofuję się cichaczem. Analizuję tylko, czy na pewno widziałam, to co widziałam. „Czerwone krzesło” w sposób niewytłumaczalny wciągnęło moje dziecko… by po dwóch dniach wyrzucić go w czeluść czytelniczego niebytu. Skończył. Zamknął. Koniec.

– Coś jeszcze byś poczytał? – pytam.

– Nic już fajnego nie mamy – orzekł, ignorując zupełnie półki uginające się pod literaturą młodzieżową. – Jakbyśmy mieli drugi tom z tej serii „Magiczne drzewo”… to może…

Nic więcej nie musiał mówić!  

Szczęśliwie pan Maleszka już drugi tom wtedy wydał, więc pędem pobiegłam do księgarni. Internetowej oczywiście, by książka była w domu kolejnego dnia. I była. I przeczytał. I po kolejnych dwóch dniach grzecznie zapytał o tom trzeci. Kupiłam trzeci z czwartym. Niestety. Pan Maleszka pisał swoje książki z częstotliwością raz na rok, a syn czytał jeden tom w dwa dni. Autor był bez szans, w tym maratonie walki o uwagę Syna. Myślałam już jakby tu popędzić pisarza do wydania tomu piątego z szóstym, bo Średni znowu na dłuższy czas stracił zainteresowanie słowem pisanym.

Najstarszy też się starał. Podsuwał bratu Karola Maya, dowodząc że nic lepszego nigdy nie napisano. Starałam się ja, wynajdując w Google kolejne „magiczne” tytuły. Nic. Pasja czytelnicza zgasła, równie szybko, jak wybuchła.

I właśnie wtedy to zrobiłam! Najbardziej oczywistą rzecz pod słońcem. Nie wiem, dlaczego zwlekałam? Zdecydowanie zbyt długo polegałam na własnych zasobach książkowych, guście swoim i starszego syna.

Lepiej późno niż wcale!

Zabrałam Średniego do biblioteki. Stanęliśmy jak wryci przed stosem książek. Syn oszołomiony liczbą wolumenów, ja otumaniona wspomnieniami. Z regałów uśmiechała się do mnie moja młodość.  Nienacki i jego „Pan Samochodzik”,  Nizurski, Bahdaj pięknie prężyli się na półce. Już… już miałam Synowi polecić, któryś tytuł, gdy szczęśliwie powstrzymała mnie Pani Bibliotekarka.

Wyciągnęła dłoń do syna w powitaniu. Zapytała o imię i o to, czy pierwszy raz jest w bibliotece. Mnie zignorowała. Chrząkając nieśmiało, podpowiedziałam że szukamy coś dla chłopca. – A czym się interesujesz? – zapytała go, jakby zupełnie mnie tam z nimi nie było.

Potem padły pytania o klasę, szkołę? Czy ma ulubioną książkę?  A który bohater był najlepszy? Która przygoda najbardziej się podobała? I tak dalej, i tak dalej. W całym procesie poznawczym ja okazałam się elementem zupełnie zbędnym.

Nim minął kwadrans, przed nami leżał pięknie wyglądający stosik powieści. Syn zrobił ogromne oczy ze zdumienia. – Tyle to nawet za rok nie przeczytam – wyjąkał przerażony.

Bibliotekarka zapewniła, że nikt w bibliotece nie będzie go z tych  lektur odpytywał. Poprosiła, by czytał tylko te, które mu się spodobają. Wybrał sobie pięć książek. Cztery tytułu odpadły. Piąty, kilkusetstronicowy przeczytał w kilka dni. – Mamo, ta książka jest super! Normalnie kończy się jeden rozdział i nie można nie zacząć czytać następnego – zachwycał się, prosząc o wypożyczenie kolejnych tomów. I właśnie wtedy miałam ochotę… przytulić Panią Bibliotekarkę.

Uświadomiła mi kilka bardzo ważnych rzeczy:

  • Nie istnieje książka, która podoba się wszystkim!
  • Trzeba pozwolić nastolatkowi, samodzielnie wybierać lektury.
  • Czytanie ma być przyjemnością.
  • Młodzi ludzie są różni i warto to uwzględnić w doborze literatury.
  • Poszukiwanie czytelniczego gustu jest procesem złożonym i nieustającym.
  • Matka nie jest w stanie przeczytać wszystkiego, co wydawniczy świat chce zaproponować jej latoroślom. Nawet z ojcem w duecie. Chcesz uchronić dziecko przed nieodpowiednią treścią? Poproś o wsparcie bibliotekarza!
  • Zachęcaj, ale nie zmuszaj nastolatka do czytania (wyjątkiem i tak już są szkolne lektury). I tak nie zdołamy w życiu przeczytać wszystkiego, co opublikowano. Przecież jako dorośli też czytamy głównie to, co nas wciąga i inspiruje.
  • Rozmawiaj z dzieckiem o tym, co przeczytało.

Kolejny punkt do tej listy dopisał Najmłodszy Syn:

  • Powieść nie jest jedynym gatunkiem!

Ignorując zupełnie Niziurskiego, Maleszkę, Maya i innych, z bibliotecznych zasobów wyszperał sobie pożyczony przeze mnie poradnik motywacyjny „7 nawyków skutecznego nastolatka” Sean’a Cove’a. Potem zgłosił prolongatę, żeby móc dłużej mieć książkę u siebie. Wczoraj poprosił, by kupić mu własny egzemplarz. Kupione!

Bo dopiero teraz droga Matko i Ojcze, warto szerzej otworzyć portfele. Gdy Twój nastolatek wie, czego chce. Zna swój gust. Potrafi wymienić kilku ulubionych autorów. Umie określić, czy woli klasykę, fantastykę, czy stawia na fakty. Czuje, do jakich pozycji będzie chciał powrócić. Masz możliwość, to kup powieść i jej kolejne tomy. A jeśli nie chcesz inwestować w papier, poproś o wyrobienie bibliotecznej karty.  Warto! Zdecydowanie zbyt szybko wyrasta się z ukochanych bohaterów.

Więc, co? Przytulamy dziś Panie Bibliotekarki? 

A co jeśli mimo Twoich starań, nastolatek nie czyta?

Zrób, co uważasz. Może wzbudzę kontrowersje…

Dlaczego? Moim zdaniem warto odpuścić. Przynajmniej na jakiś czas. Dziecko może nie interesować się książkami. Osobiście znam wielu wartościowych ludzi, którzy mają fantastyczne pasje… choć książek nie czytają. 

 

Lidia Góralewicz

Wpis zaintrygował Cię? Rozbawił? Dał do myślenia? Udostępnij.  

 

Post Scriptum

Przeinwestowałeś jak ja w młodzieżowy księgozbiór? Na półkach zalegają Ci nieczytane tytuły?

Warto puścić książkę w drugi obieg. Sprzedać, wymienić, oddać do biblioteki, dziecięcego szpitala. Coś, co nie przeczytało Twoje dziecko, u innego może wzbudzić zachwyt i uśmiech na twarzy.