Prosta kuchnia

with Brak komentarzy

okładka książki "obiady u kowalskich"

– Córcia, co zjesz na kolację? – pytam Czterolatkę. – Kanapkę z szynką bez skórki – odpowiada. Szynka bez skórki to szynka drobiowa. Stanowi stałe wyposażenie lodówki. Niegdyś lubiana przez całą familię, dziś jest podstawą pożywienia wyłącznie Małej. Śniadanie? – Kanapkę z szyneczką bez skórki, poproszę. I tak jest od… niech policzę. Rok co najmniej, jak nie dwa. Nie wiem, ale mam wrażenie, że moje dzieci, na pewnym etapie rozwoju, stawiają na bardzo prostą kuchnię. Zastanawiam się, czy to duży problem?
Oczywiście jak każda dobra matka, podsuwam raz po raz warzywa, owoce, mięso i co tam jeszcze trzeba. Cierpliwie znoszą wydłubywanie z sałatki ziaren kukurydzy. Przyjdzie czas, przestanie przeszkadzać. Zachęcam, ale nie zmuszam. U nastolatków lista „nie lubię” jest już bardzo krótka. Najstarszy i Średni Syn już nie wydziwiają. Więc wcześniej, czy później metoda działa.

Obiady u Kowalskich

Zrobiłam małą retrospekcję w historii mojego życia i wspomnień moich dziadków. Kiedyś jadało się dużo prościej! Przekonana jestem, że też o wiele zdrowiej. Wystarczy sięgnąć do mojej pierwszej książki kucharskiej. Dostałam ją w wieku 12 lat od Cioci. Z dedykacją! Pamiętam, że byłam z niej bardzo dumna. Autorką jest Jadwiga Kłossowska, a tytuł brzmi znamiennie: „Obiady u Kowalskich”. Była podstawą mojej kulinarnej edukacji. Do dziś nosi ślady wprawek w gotowaniu. Kilka kartek się nie da się rozkleić. Obawiam się, że tam na wieki utknęły najlepsze przepisy. Oglądając te, których jeszcze mimo upływu ponad trzydziestu lat nie wypróbowałam, doszłam do pewnych wniosków. Jakieś ćwierć wieku temu ludzie potrzebowali znacznie mniej składników, by się najeść. Czy znaczy, że jedli mniej smacznie? Nie sądzę.
We wspomnieniach mam suto zastawione stoły na przyjęciach u mojej Mamy. Imieniny. Święta. Rocznice. Wszystkie produkty potrzebne do ich przygotowania zostały przyniesione przez Mamę do domu w kilku siatkach. Dlaczego dziś, przed byle weekendem robimy zakupy, które wypełniają nasze bagażniki aż po same brzegi? Wystarczy w piątkowe popołudnie wpaść do Biedronki, czy Lidla, by natknąć się na rajd wózków „z górką” z trudem wyrabiające na zakrętach. I tu nie ma żadnego naigrywania się! Sama nie pcham wózka głównie dlatego, że zaprzęgam do tej niewdzięcznej pracy Męża.

dedykacja w książce

Danie z 25 składników… Serio?

Szukając przyczyny takiego stanu rzeczy, zerknęłam na stronę internetową z przepisami Lidla. Jadwiga Kłossowska zapewne nie potrafiłaby wyjść ze zdumienia. Aby zrobić danie, wyglądające a’la kleks w zeszycie, potrzebujemy 25 składników!!! Nie licząc przypraw. Oczywiście, żeby nie pomylić się przy kupowaniu, mogę sobie listę składników wysłać na maila. I wydrukować. I najlepiej dorobić drugą kuchnię na ich przechowywanie. Przesadzam? Nie szczególnie. Oczywiście są też przepisy prostsze. Dziesięciu składników to jednak zwyczajowe minimum. Mam wrażenie, że zwyczajnie mnie ktoś robi w konia.
Strony internetowe też nie są pomocne w zakresie odżywiania. Porad zaczynających się od „jedz każdego dnia, a będziesz piękny i zdrowy”… są tysiące. Sprawdziłam. Powinnam codziennie jeść: jabłko, owsiankę, 7 orzechów, dwa banany, miód, siemię lniane, czosnek, nasiona konopi, jagody, jajka z twarogiem, białą kapustę, kiszoną kapustę, ananasy…
Po serii do jedzenia, pojawia się seria inspiracji do picia. I tak źródła podają, że warto pić codziennie filiżankę czekolady, wodę z cytryną, wodę spod kapusty lub ogórków, szklankę soku pomidorowego, zielony koktajl. Po czym następują porady: pij kawę, nie pij kawy. Mleko pomaga, mleko szkodzi. Jeśli herbata to tylko zielona (chyba że autor jest akurat zwolennikiem czarnej, czy innej yerba mate). Można zgłupieć i najeść się już samym czytaniem.

Czego organizm potrzebuje?

Więc zwykle jem to, na co w danej chwili przychodzi mi ochota. Pamiętam moją Siostrę, gdy jako kilkulatka wyjadała masło. Łapką, łyżeczką, jak się chwyciło. Mama się martwiła i to nie tylko dlatego, że aby zdobyć masło trzeba było stać w długich kolejkach, albo pod kościołem dostać słone masło z darów. Zwyczajnie myślała, że z dzieckiem jest coś nie tak. Poszła z tym nawet do lekarza. Pani pediatra była wiekową już wówczas kobietą. Podumała. Pooglądała dziecię. I stwierdziła. – Może w maśle jest coś, czego jej organizm potrzebuje. Jak za kilka tygodni masło nadal będzie znikać, to proszę się zgłosić – podsumowała. I temat przestał istnieć, gdyż dziecina faktycznie przestała masło podkradać.
Zatem pozwalam dzieciom jeść to, na co mają ochotę… o ile nie składa się samego cukru. No dobra! Protestuję, gdy Najmłodszy wypija dziesiąty litr mleka w tygodniu. Sama też sięgam po produkty, na które zwyczajnie „mam smaka”. Jak gladiator na ringu walczę jedynie ze słodyczami. Im jestem starsza, tym częściej wygrywam. Czuję, że do setki już zwyciężę z nałogiem.
Postanowiłam też zostawić smakoszom dzieła sztuki na talerzu, a samej sięgnąć po kulinarną prostotę. Nie wiem, czy to sprawa wieku, czy też zwyczajnie się już przejadłam. Doceniam w kuchni to, co nieskomplikowane. Proste dania, których przepis i lista składników mieszczą się na ¼ karki papieru jak z zeszytu. Jak u pani Kłossowskiej. Dla siebie samej chcę stworzyć • Kuchnię na 5 •, gdzie umieszczę ulubione przepisy składające się maksymalnie z pięciu składników (nie licząc przypraw i wody). Ważne mieć je pod ręką, gdy przyjdzie ochota na szybki, smaczny i nieskomplikowany posiłek, które przyrządzić może nawet dwunastolatka.

Smacznie, choć nieciekawie

Uwielbiam proste dania. Walkę o palmę pierwszeństwa w kuchni Mąż wygrał w przedbiegach. Moje kulinarne dzieła, są zwyczajne, jak przecinki w każdym zdaniu. Proste jak droga do szkoły. Ekscytujące jak dźwięk budzika o świcie. Wracam do nich jednak z sentymentem i z każdym upływającym rokiem coraz częściej.
Wizualnie są też nieszczególne. Ich zdjęcia kompletnie nie nadają się na bloga. – Mamo, co ty chciałam zrobić zdjęcie zupie pomidorowej? Przecież to zwykła zupa – skwitowały dzieciaki moje próby sfotografowania nieciekawej zupy w ciekawym ujęciu. Mimo to się nie poddam. Powalczę o prostotę smaków, gdyż zwyczajnie ją lubię.
W prostej kuchni pomidory smakują Italią, a ziemniak ma w sobie nutkę jesieni. Makaron, taki ciepły prosto z wody, lepszy jest dla mnie niż spaghetti z milionem dodatków. Pszenny chleb prosto z pieca i łyżeczką świeżego masła. Czerwona papryka, chrupana zamiast chipsów, tak świeża, że sok pryska po nosie. I jabłka. Nie prażone, bez glazury i słońcem rozgrzane. . . Ech… na samą myśl, ślinianki zabierają mi się do pracy.
Zatem jeśli jesteś Gesslerową w swoim domu, nie znajdziesz u mnie inspiracji. Nie próbuję nikogo namawiać!

Proste gotowanie może się jednak przydać:

  • Osobom oszczędnym, które chcą jeść tanio i smacznie.
  • Mamom, których pociechy z suto zastawionego stołu wybierają zwykle piętkę z chleba.
  • Osobom starszym i chorym, które muszą dokładnie analizować każdy składnik w diecie.
  • Walczącym z marnowaniem żywności
  • Babciom i dziadkom, chcącym przyrządzić pociechom coś pysznego.
  • I… uwaga, uwaga! Nastolatkom! Proste przepisy pozwalają błysnąć w kuchni i zrobić frajdę rodzicom.

Zapraszam do • Kuchni na 5 •
Obiecuję, że przepisów będzie przybywać.

 

Lidia Góralewicz

Wpis zaintrygował Cię? Rozbawił? Dał do myślenia? Udostępnij.