Post piątkowy, czyli ubaw po pachy

with Brak komentarzy

kiełbasa na grilluJutro katolicy z większości diecezji mogą legalnie jeść mięso! Z grilla, z piekarniczka, czy kiełbaskę prosto z patyka. Biskupi woleli ogłosić dyspensę niż narazić setki tysięcy katolików, na konieczność wzbicia się na wyżyny kulinarnej pomysłowości w grillowaniu warzyw. Choć pomocą służył arcybiskup Henryk Hoser, który zasugerował, że upiec można też rybkę. Post piątkowy zniesiony mam i ja…

 

Cieszy mnie to średnio. Mięso mogłoby dla mnie nie istnieć. Zwyczajnie nie przepadam. Z drżeniem serca to napiszę, ale dużo bardziej by mnie bolało, gdyby zakazać mi cukru i słodyczy. Ba… jak chcę się wybić na wyżyny ludzkiej wytrzymałości, taki post właśnie sama sobie zadaję. I dziarsko się trzymam godzinę, czy dwie. Poświęcenie olbrzymie! Za to z piątkowym postem mam luzik…

 

Jak każdy reguła tak i ta, ma swoje wyjątki. Zdarzają się bowiem piątkowe spotkania. Obiadki szkoleniowe, kolacyjki u znajomych, czy innym tam takie: wycieczki i wyjazdy. Przyznam szczerze, że lubię wieczory piątkowe mieć zajęte, gdy buzuje we mnie ta nieokiełznana radość z rozpoczynającego się weekendu. Zatem w czym problem? Zwyczajnie nie przepadam za tłumaczeniem się. A muszę. I to gęsto. Czasem bardzo długo. Wzbijając się na wyżyny eschatologii i cofając do czasów krucjaty.

 

AKT I – weganin

Wyobraź sobie takie hipotetyczne przyjęcie. Piątkowy zwykły wieczór. Dyspensy brak.  Wszyscy wesoło przy stole rozprawiają. Nie bardzo się jeszcze znają. Pogaduchy o wszystkim i o niczym.Padają pytania: skąd jesteś, czym się zajmujesz? Z kuchni dochodzi zapach pieczonego mięsa. Uczta szykuje się wielka. Kelner wnosi surówki, kartofelki, kluseczki ze świeżym masełkiem… wszyscy czekają na bohatera wieczoru: pieczone prosię z jabłuszkiem w ryjku.

Wow!… przy wtórze ochów i achów, wjeżdża to dzieło sztuki kulinarnej. Widzisz to? Publika zrywa się od stołu, jakby istniało ryzyko, że komukolwiek zabraknie. Jedna osoba zamiera w bezruchu. Weganin.

– A ty co? Nie idziesz? – pytają go.

– Ja podziękuję. Nie jadam mięsa –  odpowiada.

Brwi biesiadników podnoszą się w górę na znak szczerego zdumienia.

– Aaaa… – zewsząd daje się słyszeć pomruk zaskoczenia. – Ale tak serio? Dlaczego?

– Serio. Jestem weganinem – odpowiada uczestnik uczty. (może też odpowiedzieć, że jest wegetarianinem, witarianinem, czy innym takim “-aninem”)

– Aha! – niesie się pomruk zrozumienia i uznania.

– Sześć lat. Smaku mięsa nie pamiętam i szczerze mówiąc wcale mi go nie brakuje – chwali się, wzbudzając przez moment zainteresowanie większe niż skwierczące jeszcze prosię.

Prędko sypią się pytania, co właściwie jeść może, a czego nie. Jakimi produktami zastępuje mięsne braki. Zaraz jak spod ziemi wyrasta gospodarz imprezy. Wije się z zakłopotania:

– Może jakąś suróweczkę, albo chociaż tych kluseczków z masełkiem. Masełka też nie? O przepraszam nie wiedziałem – wyraźnie zdenerwowany, czuje że nawalił. Taki gość, a on nieprzygotowany. Weganin skubnie sałatkę. Spokojnie rozmowa schodzi na inne tematy. No, może czasem ktoś gorliwszy w dietach, skieruje rozmowę na temat zdrowego odżywiania.

 

AKT II – katolik

Dokładnie taki sam. Hipotetyczne przyjęcie. Piątkowy zwykły wieczór. Dyspensy brak.  Za moment wjedzie prosiak. Przyrządzony w stylu sceny pierwszej. Już dochodzą aromaty. Już się ludzie z krzeseł podnoszą, bo oto wow… przy wtórze ochów i achów, wjeżdża to dzieło sztuki kulinarnej. Wszyscy zrywają się od stołu, jakby istniało ryzyko, że komukolwiek zabraknie. Jedna osoba zamiera w bezruchu. Katolik.

– A ty co? Nie idziesz? – pytają go.

– Ja podziękuję. Nie jadam mięsa w piątki – odpowiada.

Brwi biesiadników podnoszą się w górę na znak szczerego zdumienia.

– Aaaa… – zewsząd daje się słyszeć pomruk zaskoczenia. – Ale tak serio? Dlaczego?

– Dziś jest piątek. Więc nie jem. Serio! Podziękuję.

– Och… – niesie się pomruk jeszcze większego osłupienia.

I od tego momentu scenariusz przestaje być podobny. Sekundę później biesiadnicy, jak na komendę, zaczynają przypominać sobie ostatnią lekcję religii, z której nie nawiali.

– Prosiaka nie zjesz? – pyta pierwszy odważny.

– Kiedy Ci się znowu taka okazja nadarzy?

– Raz wyjątek możesz zrobić! – uwagi sypią się lawiną.

– Nie wolno gospodarzom robić przykrości. To jest grzech cięższy, niż zjedzenie mięsa – bryluje jakiś prymus. Wszystko wskazuje na to, że był dopuszczony do bierzmowania.  

– Przecież przyjechałeś tutaj, to właściwie w podróży jesteś. W podróży zakaz nie obowiązuje. Z tego co pamiętam, he, he… – argumentuje ekspert wyższych lotów.

– Ja też nie jadam w piątki. Ale dzisiaj, taka okazja. Nie wolno odmawiać – kolejny usprawiedliwia nie wiadomo, czy sprawcę całego zamieszania, czy samego siebie.

– A gdzie o tym jest w przykazaniach? – pyta kolejny postępowy.

– A nawet jak jest, to przecież to mogą w każdej chwili zmienić. Takie przykazania się zmieniają. Kiedyś na przykład nie można było hucznych imprez w wielkim poście urządzać, a teraz już można – wyjaśnia.

– Co można, jak można? Pogięło Cię? A żeś się rozpędził – ktoś tam protestuje.

Potem jeszcze godzinka dysputy nad zniesieniem celibatu, pedofilią i koniecznością opodatkowania kościoła. Radośnie wszystko zmierza w kierunku wojen krzyżowych, wszak w Kościele takie rzeczy się działy, że… O jest! W końcu przyszedł gospodarz imprezy. – Nie no, proszę Cię. Nie rób mi tego! Tyle dobra miałoby się zmarnować? Weź się częstuj. Raz. Wyjątkowo. Do piekła za to nie pójdziesz – przekonuje.

I jak tu być katolikiem?  

 

Epilog

Kto choć raz brał udział w piątkowym przyjęciu, wie że moje scenariusze choć hipotetyczne, nie bardzo od rzeczywistości odbiegają. 

Weganie (czy osoby na innej diecie) cieszą się szacunkiem i uznaniem. Katolik natomiast jest dziwakiem, który respektuje jakieś, nie wiedzieć czemu służące zasady.

Weganin dostanie spis potraw alternatywnych. Katolik zyska sumienie obarczone marnowaniem żywności, jakby lodówek w XXI wieku nie było.

Weganin nie przejmuje się, czy kogoś urazi, czy nie. Katolik aż po sąd ostateczny będzie nosił na sobie piętno gniewu gospodarzy.

Weganin jest dumny ze swoich zasad. Katolik czuje się winny.  Czyż nie?

 

Myślę, że jako katolicy znakomicie sobie na takie traktowanie zasłużyliśmy. Wszak weganinem nie da się być na pół gwizdka.

 

Lidia Góralewicz

 

Wpis zaintrygował Cię? Rozbawił? Dał do myślenia?

Będzie mi bardzo miło, jeśli go udostępnisz.