Nie rób tego ani dziecku, ani sobie

with Brak komentarzy

niebieskie pantofelki z kokardkąZapomniałam już, jak to wcześnie się zaczyna. Pojawia się nie wiedzieć skąd. Osacza nas i zwodzi na manowce. Unieszczęśliwia często na całe lata. Każe ścigać się ze światem w pogoni za byciem tym, kim właściwie być nie chcemy. Koło napędowe każdej gospodarki. O czym mowa? O wrodzonej żądzy upodobniania się do otoczenia. Jeśli dostrzegasz pierwsze jej symptomy – walcz! Kup nawet dziecku buty, jeśli trzeba.   

 

– Mamo, kup mi świecące buty. Proszę. Proszę. Proszę. – błagała 4,5-letnia Córcia, ściągając z wystawy półbut, w którego obcasie migało czerwone światełko. Kupowaliśmy właśnie sandały dla Najmłodszego. Nie na rękę była mi ta dyskusja, ale cóż począć. Dzieci zwykle ważne tematy poruszają nie w porę. Norma.

– Przecież masz półbuty – odparłam, myśląc, że chodzi o niepohamowaną chęć kupowania. Było znacznie gorzej!

– Ale moje nie świecą! Chcę mieć takie same jak Amelka!!! Zresztą wszystkie dzieci mają świecące buty – zakwiliła.

 

Dziecko nieświadome rozjuszyło w matce tygrysa, gotowego do walki z tą pojawiającą się nie wiedzieć skąd chęcią upodabniania się do innych. Głęboki wdech, wydech… Małej już łzy ciekną. Zaraz jęk rozpaczy będzie słychać na parkingu przed sklepem, a przeciąg ziejący w pustej mojej głowie, zatrzaśnie drzwi do zdrowego rozsądku. Co robić? Co robić?

– Możemy już zapłacić? – pyta Najmłodszy, który w tym czasie sam sobie wybrał i zmierzył sandały.  Korzystając z okazji zwiałam ze sklepu, ciągnąc za sobą pełnię czteroletniego nieszczęścia.

 

Głębsza dyskusja rozwinęła się w samochodzie. W drodze do domu. Ochłonęłam.

– Ty mi nigdy w życiu świecących butów nie kupisz – orzekła Młoda.

– Masz rację. Raczej nie kupię.

– Ale dlaczego? Wszystkie dzieci takie mają. I dziewczyny. I chłopaki – jęczy.

Wtedy nieco ryzykuję, ale co mi tam. – Kochanie, wydaje mi się, że te buciki Ci się wcale nie podobają.

Zalega cisza. Myśli. Zastanawia się. Kombinuje co odpowiedzieć. Czuję, że trafiłam w punkt. Przejechałam jakieś pół kilometra, nim Mała znowu zapytała:

– A skąd wiesz? Skąd wiesz, że mi się nie podobają?

– Zawsze mówiłaś, że chciałabyś mieć buty z kokardą. Prawda? Jeśli będziesz kiedyś potrzebować buciki wybierzesz sobie takie, jakie będą się Tobie podobać. A nie takie, jak podobały się Amelce, czy Jasiowi. Co Ty na to?

– Super. Wybiorę sobie sama, tak jak moi bracia sobie wybierają. Jutro musimy znowu jechać do sklepu, bo mi się pantofle w przedszkolu zupełnie rozleciały – orzekła.

 

Drugiego dnia okazało się, że skubana miała rację. Podeszwa w przedszkolnych pantoflach trzyma się na słowo honoru. Cóż było robić? Słowo się rzekło. Poszłyśmy do sklepu. Wybrała sobie niebieskie. Z gumką i kokardką.

– Takie mi się najbardziej podobają – przyznała, mijając obojętnie półbuty, które wciąż kusząco mrugały czerwonym światełkiem.

 

Ile mnie jeszcze takich rozmów czeka?

Nie wiem. Pewnie nieraz ulegnę. Wiecie? Cholernie to trudne. Marzenia dziecięce tak łatwe do spełnienia. Czemu nie? Serce się buntuje. Rozum mi jednak podpowiada, żeby stawiać weto. Rozmawiać z dziećmi i wyrobić w nich tę umiejętność słuchania własnego wnętrza i podążania za swoimi pragnieniami, w miejsce kopiowania cudzych zachowań. Począwszy od wyboru lektur, o czym pisałam w tekście: “Przytul bibliotekarza”, aż po wybór ubrań, zainteresowań, pasji  i umiejętności, które chcą rozwijać, a nawet zawodu: “Mój Syn chce zostać przedszkolanką”. Myślę, że warto.

 

Ile razy słyszę narzekania rodziców nastolatków, że ich dzieci chcą mieć takie ubrania jak koledzy, trenują to co koledzy, ba nawet szkołę wybierają taką, jak rówieśnicy. Czy tego chcemy, czy nie często nastoletnie dzieci stają się wierną kopią swoich rówieśników. Czasem myślę, czy nie dlatego, że w dzieciństwie zbyt łatwo spełnialiśmy ich “marzenia” o byciu takim jak wszyscy?

 

Ba! Ile razy sami ciśniemy, by upodobnić swoje dzieci do innych, głupio porównując: “zobacz jak Amelka pięknie rysuje, a Tobie się nie chce”,  “Staś i Jaś trenują piłkę nożną, a Ty tylko biegasz po podwórku bez celu”. Brzmi znajomo? Osobiście, raz na jakiś czas sama biję się w piersi z tego powodu. Nie ma bata. Każdemu raz na czas się zdarza. Jeśli jesteś w grupie wyjątków, serdecznie gratuluję!  

 

Nie zrozumcie mnie źle. Wpływ innych osób może być też budujący, rozwijający i motywujący. Ważne jednak, by odróżnić inspirację od ślepego podążania cudzą drogą.  

 

O ile w młodości naśladownictwo jest pewnym elementem naturalnego rozwoju i poszukiwań, o tyle zgubnym może się stać w dorosłym życiu. Niby nie ma nic złego w podążaniu za modą. Cała gospodarka na tym się opiera, że chcemy mieć to, co inni. W sumie to już sama nie wiem, ile w tej chęci upodabniania się do otoczenia dane zostało nam przez matkę naturę, a na ile wmawia nam to dzisiejszy świat reklam, mediów i trendów?

 

Wiem jedno. Nie wolno zabijać osobowości! Ani dziecka, ani swojej.

Nie zapominaj, że jesteś wartością samą w sobie! Tak. Ty! Właśnie Ty. Taki jak jesteś, z tym co lubisz i z tym za czym nie przepadasz. Z tym co kochasz robić w każdej wolnej chwili i z tym czego unikasz jak ognia.     

 

Od czego zacząć? Może, że od krótkiego rachunku sumienia przed lustrem? Nie nauczę dziecka wsłuchiwać się we własne wnętrze, jeśli sama będę wierną kopią cudzego wyglądu, marzeń, pasji i zainteresowań. Tylko tyle i aż tyle.

 

Lidia Góralewicz

Nie chcesz przegapić kolejnych wpisów?
Klikni w podpis i polub mnie na Facebooku. Zapraszam

 

Tekst Cię zainspirował, rozbawił, dał do myślenia? Bardzo mi będzie miło, jeśli go udostępnisz i polecisz znajomym.  Tak pięknie się różnimy, że nie warto tego zmieniać.