Jak nie marnować jedzenia?

with Brak komentarzy

chleb w kształcie serca na dłoniCzujesz to jeszcze? Jeśli się nie mylę, to właśnie jesteś na etapie wypierania ze świadomości świątecznego przesytu. Z jednej strony postanawiasz sobie, że „nigdy więcej”. Z drugiej zaś resztki mazurka i wędzonej kiełbaski przypominają o niedawnym ucztowaniu. Zgadza się? Pewnie nie tak dawno analizowałeś, co zrobić z tym, co nie udało się zjeść. Przemyślmy wspólnie jak poprawić gospodarowanie produktami spożywczymi na co dzień, a nie tylko pod wpływem poświątecznych wyrzutów sumienia. Ważne jest to o tyle, że wg danych GUS blisko 20% naszych dochodów wydajemy na żywność. Zatem jak nie marnować jedzenia?

O tym, że bezmyślnie przyczyniamy się do wyrzucania posiłków, pisałam już w tekście „Marnowanie żywności, czyli festiwal niesmaku”. Problem zauważany przez wiele osób, jednak tylko nieliczni, próbują się z nim realnie zmierzyć. Dobiegają właśnie końca akcje typu: „nie wyrzucaj jedzenia po świętach”, „podzielmy się posiłkiem”.  Ich organizatorzy przypominają, że żywnością możemy dzielić się nie tylko od święta. Zawsze można oddać zdatny do spożycia posiłek do pobliskiej jadłodajni. Super! Sęk w tym, że nie w każdej miejscowości są takie miejsca. Zatem co robić, by jedzenia nie wyrzucać? Część z nich próbuję z większym lub mniejszym powodzeniem stosować w domu. Inne poddali Czytelnicy bloga lub znajomi. Jakie to sposoby?

1. Kupuj z listą

Trywialny pomysł, ktoś powie. Jasne. Dlatego każdy o nim pisze, bo przynosi rezultaty. Zdecydowanie jednak łatwiej napisać, trudniej zacząć stosować. Wiem, wiem. Sama wciąż jestem na etapie dopracowywania tej metody. Przyznam, że już sama świadomość, że taka lista by się przydała, pomaga w przemyślanych zakupach. Kilka lat temu nie robiłam list lub robiłam bardzo niedokładne. Na przykład przed świętami wymyślałam, że upiekę mazurka, sernik, makowiec i babkę. Kupowałam na to wszystko składniki (czasem więcej niż potrzeba, tak na wszelki wypadek, żeby mi nie brakło), a dopiero podczas gotowania okazywało się, że ani nie mam tego wszystkiego siły upiec, ani potem zjeść. Więc rezygnowałam np. z sernika, ale wszelkie produkty „na sernik” zostawały. I te z nieupieczonego ciasta i te kupione na wszelki wypadek. Teraz jest lepiej. Szczególnie przed domowymi imprezami. Wybieram dwa przepisy na ciasta, trzy na sałatkę i jakiś na kolację. Dopiero z przepisów odpisuję listę potrzebnych składników na listę zakupów. Potem robię weryfikację ze stanem posiadania. Czasem zapomniany produkt gdzieś leży w szafce. Więc po co kupować duplikat? Bywa, że ta weryfikacja odbywa się dopiero przy półkach sklepowych, telefonem do dzieci lub męża. Lepiej późno niż wcale.

Istotne jest również, gdzie robisz zakupową listę. Wybierz najlepszy dla siebie sposób. Ja lubię listę w telefonie. Robię ją w notatkach Google Keep. Z łatwością i w każdej chwili mogę podesłać ją Mężowi. Dla mnie to najprostsze rozwiązanie. Możesz skorzystać też z licznych aplikacji do robienia list zakupów. Wybór jest duży. Na pewno znajdziesz coś dla siebie. Zwykła kartka i długopis też świetnie się sprawdzają!

2. A może opiekacz?

Gdzieś czytałam, że wyrzucanie jedzenia zaczyna się od szkolnych kanapek. Zgadzam się w 100 procentach i sama jestem tego żywym przykładem. Mama do dziś opowiada o tym, jak wybierałam się do szkoły z tornistrem na plecach i reklamówką pełną książek. Matczyna inspekcja wykazała, że tornister zapchany był starymi bułkami. Dlatego książki się nie mieściły.  Większość pieczywa pokrywała pleśń. Jako dobrze wychowane dziecko, nie śmiałam chleba wyrzucić. Jeść też nie zamierzałam. Efekt szokował. Może dlatego już mniej zaskoczona byłam, gdy podobne znaleziska odkryłam w tornistrach dzieci. Też to przerabiałaś? Nauczyłam więc chłopaków, by niezjedzone kanapki dawali do lodówki. Cóż z tego, jak z lodówki też nikt nie planował ich wyjadać. Wtedy właśnie pomógł nam opiekacz. Wystarczy kilka minut, by kanapka odzyskała dawny apetyczny zapach i smak. A jeśli dołożysz do niej plasterek sera, poczujesz się jakbyś jadł prawdziwie włoskie panini. Opiekacz sprawdza się też odświeżaniu pierożków, naleśników, czy tortilli. W zastosowaniu tego urządzenia ogranicza Cię jedynie wyobraźnia. Oczywiście można też skorzystać z piekarnika, czy grillowej patelni. Osobiście do zakupu opiekacza skłonił mnie fakt, że bez trudu radził sobie z obsługą mój Najmłodszy, gdy miał jakieś 9 lat. Zdecydowanie polecam.

3. Miej gest i poczęstuj

Metodę tę stosuję coraz rzadziej. Głównie dlatego, że moi nastolatkowie pochłaniają zdecydowanie więcej jedzenia niż jeszcze kilka lat temu i nie mam czym częstować. Jeśli jednak masz za dużo jedzenia to poczęstuj nim innych, dopóki jest jeszcze świeże i smaczne. Dość oczywiste jest podzielenie się ciastem po imieninach, czy weselu. Czasem nawet oddajemy gościom trochę sałatki na śniadanie, czy gulaszu z kolacji. Gdzie jeszcze można rozdać posiłek? Jeśli to możliwe spakuj trochę smakołyków dziecku do szkoły. Oczywiście nie da się tak rozdysponować gulaszu, ale drobne ciasteczka, kruche ciasto, kolorowa kanapka czy owoce, zapewne zasmakują kolegom na przerwie. Posiłek można też wziąć do pracy. Sałatkę spakuj sobie na drugie śniadanie, a i gulasz możesz zabrać, o ile masz możliwość jego podgrzania w miejscu pracy. Nie zapominaj o współpracownikach. Myślę, że w każdym zakładzie pracy znajdą się amatorzy naszych wypieków. Wystarczy w pomieszczeniu socjalnym postawić talerz z karteczką „proszę się częstować”. Cóż podczas przerwy kawowej może smakować lepiej, niż ciasteczko do kawki?

4. Resztkowe gotowanie

W tej kwestii nie będę się rozpisywać. Każda gospodyni zna przepis na „zupę na winie”, z tego co się nawinie pod rękę i akurat zalega lodówkę. Zupy, zapiekanki, tortille (tu znowu przyda się opiekacz), to przepisy doskonałe do modyfikowania i podrzucania składników, które akurat trzeba zużyć.

5. Gotuj z Google

Metoda ta jest dobra, jeśli nie jesteś „każdą gospodynią” z pkt. 4 i nie potrafisz skombinować potrawy z resztek. Ja tak mam. Wtedy z pomocą przychodzi Google. Robię tak. Mam paprykę, ser żółty i ryż. Wpisuję te trzy składniki do wyszukiwarki i czekam, co mi doradzi. Wyszło 362 tysiące podpowiedzi. Zapiekany ryż z warzywami, czy z szynką. Nawet jeśli trzeba coś dokupić, to nie jest już cała lista, lecz jeden dwa składniki. I pyszna zapiekanka gotowa. Proste! Na szczęście mój Mąż jest ekspertem w pkt. 4, więc nie jestem zmuszona korzystać z tego sposobu zbyt często. Warto zaznaczyć, że niektóre internetowe strony kulinarne pozwalają wyszukiwać przepisy pod posiadane produkty. Inspiracji nie brakuje.

6. Mrożenie

Dla mnie to najbardziej oczywista podpowiedź, a jednocześnie mam z mrożeniem największy kłopot. Owszem. Zamrażam. Kompletnie jednak zapominając, że potem to jednak kiedyś trzeba odmrozić i zjeść! Myślę, że na mrożenie każdy musi znaleźć swój własny pomysł. Moja czytelniczka Małgosia podpowiedziała, że mrozi porcje obiadowe i raz na jakiś czas otwiera „restaurację”, w której każdy z domowników może wybrać sobie danie z zamrażarkowej oferty.  Bardzo mi się ten pomysł spodobał. Myślę, że mógłby się sprawdzić w wielu rodzinach. Swoich autorskich pomysłów na mrożenie wciąż szukam. Mam na razie dwa. Chleb nie wkładam cały, lecz pokrojony w kosteczkę na grzanki. Podobnie pietruszka, czy koper. Zauważyłam, że prędzej przypomnę sobie o czymś w zamrażalniku, gdy to coś ma już formę gotową do odgrzania i spożycia.

7. Sobotnie czyszczenie lodówki

Pomysł też skopiowany od rodzinki, która raz na tydzień sprawdza co w lodówce zostało pysznego i serwuje sobie dojadanie „resztek”. Okazuje się, że te ostatki ładnie odgrzane, podane są pełnowartościowym posiłkiem. Ewentualnie po pewnej obróbce stanowią zupełnie nowe danie. Oczywiście „czyszczenie lodówki” może być piątkowe, czy poniedziałkowe. Obojętne w jaki dzień, warto sprawdzić stan lodówki, nim zaczniemy się męczyć z gotowaniem.

8. Zasada sklepowa

Punkt ósmy próbuję wdrożyć w mojej rodzinie. Idzie mi średnio. Przyznaję. Co nie znaczy, że nie będę próbować dalej, bo widzę, że się sprawdza. Chodzi o kolejność ułożenia żywności w szafkach, czy lodówce. Zasada pierwsza podpatrzona w sklepach, czyli układanie produktów z krótszym terminem przydatności do spożycia z przodu. W sklepach stosuje się  ją po to, byśmy najpierw wykupili to, czego już wkrótce nie będzie można sprzedać. W domu dzięki niej unikniemy psucia się produktów.

Co jeszcze istotne? Często zdarza mi się wyrzucić otwarty produkt. Walczę o to, by coś, co już raz otworzyliśmy, stało z przodu w lodówce lub szafce. Idzie średnio. Najczęściej zapominamy o otwartej śmietanie, dżemie, produktach sypkich i bakaliach. Widzisz? Mam nad czym pracować.

9. Kupowanie droższych warzyw i owoców

Kolejny pomysł Czytelniczki, to kupowanie droższych a co za tym idzie pewnie i zdrowszych produktów. Ekologiczne warzywa i owoce, lepszy gatunek mięsa, itp. Ponoć bardziej szanuje się marchewkę, jeśli kupi się ją drożej. Owszem. Wierzę. Też wydaje mi się, że mogę zapomnieć o zmielonym mięsie, jeśli zaś kupię łososia, raczej prędziutko ktoś go przyrządzi i zjemy do ostatniego łososiowego okruszka. Więc, kto może, niech i ten scenariusz oszczędzania żywności rozważy. Jeść mniej, a zdrowiej? Czemu nie!

10. Jadłospis pisany promocjami

W każdym poradniku oszczędzania żywości znajdziecie radę, by nie kupować żywności na promocjach. Przesłanie jest takie, że nakupicie jedzenia, bo tanie, a potem się zmarnuje. A mój pomysł jest inny. Osobiście kupuję tylko na promocjach. Zwyczajnie gotuję z promocjami. Niech tylko Mąż wyjedzie w delegację (wtedy najczęściej mam wyzwanie), zaraz wchodzę na stronę internetową najbliższego marketu i sprawdzam, co jest w promocji. Co jest w promocji, to będzie na obiad. Gdyby mąż wyjeżdżał w ten weekend, jedlibyśmy indyka pod wszelkimi postaciami. Mąż nie jedzie, co wcale nie znaczy, że nie będzie indyka.  Zawsze to taniej i szukać inspiracji nie trzeba.

11. Samodzielne nakładanie na talerz

Nie zawsze się sprawdza. Jak widzę, ile ludzie w hotelach kładą na talerze… rety, jakby nie jedli od tygodnia! Kompletnie nie robią sobie nic z tego, że połowę z tego zostawią. Myślę jednak, że w rodzinie ta zasada może mieć swoje uzasadnienie. Nie chodzi o to, by każdy sam wywijał chochlą. Bardziej o to, by mógł decydować, ile tych chochli będzie miał nalane. Lepiej potem poprosić o dokładkę, niż nalać i zostawić. Niby prosta zasada, jednak nie dla wszystkich oczywista. Osobiście nie czuję się skrępowana i nawet gości zapraszam do współdecydowania o wielkości posiłku. I jak każda gospodyni czuję wielką satysfakcję, gdy ktoś skorzysta z późniejszej propozycji dokładki.

12. Samodzielne przygotowanie posiłków

Ostrzegam! Jest to subiektywne odczucie i domowa obserwacja. Mam jednak nieodparte wrażenie, że większym szacunkiem darzymy posiłek, który sobie sami przyrządzamy. Odkąd moje nastolatki samodzielnie szykują sobie śniadanie do szkoły, problem pozostawionych w lodówce kanapek wyeliminowany został prawie do zera. Mamy młodszych dzieci też dość zgodnie twierdzą, że maluch chętniej je posiłek, jeśli uczestniczył w jego przygotowaniu. Ot, sam posmarował masłem kanapkę i to od razu jest pyszniejsze. Spróbuj. Może u Ciebie też się sprawdzi?

13. Przesuwanie posiłków w czasie

Synowie byli kiedyś gośćmi w domu dziecka. Super szkoła życia i niezwykłe doświadczenie! Przeorganizowało też rodzinne myślenie o żywieniu. Otóż w tym domu jedzenia się nie marnowało. A wychowankowie byli uczeni, że co nie zjedli np. na obiad, powinni zjeść na kolację.  Super odkrycie! Najczęściej sama korzystam z tej metody i na przykład zupę z obiadu jem na kolację. Bywa, że kanapki z kolacji lądują w woreczkach spakowane do szkoły. Czasem z kolei te przyniesione ze szkoły, opieczone zjadane są na kolację.

14. Piesek lub inny zwierzaczek

Co tu dużo pisać? Do niedawna jedzenie w domach się nie marnowało, a wyrzucenie posiłku było ostatecznością. Nawet jeśli coś zostawało, oddawało się zwierzętom. Jeśli nie swoim to sąsiada. Słynny „suchy chleb dla konia”, wszedł nawet do historii kina. I choć internet pełen jest porad, dlaczego nie należy karmić zwierząt domowym jedzeniem, myślę że warto w tych kwestiach zachować zdrowy rozsądek. Nie chodzi o to, by zaszkodzić zwierzęciu, lecz ze świątecznych wiktuałów znaleźć kąsek, który urozmaici jego dietę.

15. Ogranicz się w restauracji

Porada podrzucona przez Iwonkę, mamę młodszych dzieci. Chodzi o to, by kupując gotowe posiłki, wziąć pod uwagę możliwości naszych dzieci. Czy na pewno każdemu z nich kupić zupę i drugie danie? A może kupić jedną porcję dla dwóch i poprosić o dodatkowe nakrycie? Może warto kupić mniej. Zawsze przecież można jeszcze raz zawołać kelnera, jeśli zbytnio się ograniczymy. Polecam. Stosowałam to kiedyś. Dziś już niestety nikt z naszej szóstki nie zostawia obiadu na talerzu, a i na dokładkę domagają się deseru!

Czekam na kolejne pomysły. Można spokojnie rozszerzać listę. Przecież nie każda metoda sprawdzi się u Ciebie. Wypracuj z rodziną własne sposoby na to, by jedzenie nie lądowało w koszu i podziel się pomysłami. Zapraszam!

 

Lidia Góralewicz

Wpis zaintrygował Cię? Zainspirował? Dał do myślenia?

Będzie mi bardzo miło, jeśli udostępnisz go znajomym.