Dramat matki – samodzielne nastolatki

with Brak komentarzy

popcorn w kiniePamiętacie pierwsze wyprawy do kina z kolegami? Najlepiej takie, na które byliście o rok lub dwa za młodzi. Ech. To były czasy! Oj nadrabiało się wzrostem przy kasie! A gdyby tak kasjerkę zainteresowała legitymacja? Trzeba było być czujnym! Dobrze to pamiętam. Te emocje! Za nic jednak nie mogę sobie przypomnieć, by gdzieś koło mnie w tym kinie stała moja Mama. Ba… wydaje mi się, że mnie nawet pod kino nie podwiozła. Cóż, byłam samodzielnym nastolatkiem!

Dziś. XXI wiek. Technika się zmienia. Dzieci nie bardzo. Syn obwieścił, że wybiera się na film, z gatunku tych, co to: „mamo raczej nie będzie Cię interesował”. Z kolegą. I z bratem. Za dwa dni. Film PEGI+13, czyli minimum trzynaście wiosen trzeba mieć za sobą. Brakuje mu co najmniej dwóch.

– Mamo, dajże spokój – podsumował krótko tę kwestię mój Jedenastolatek. Dałam. A co mi tam. Pamiętam przecież ten tors napięty jak struna przed kasą sprzed lat. Dumna i blada ze swej „postępowości”, wzdycham z sentymentem do budzących się obrazów z przeszłości. Jedenastolatek pójdzie z czternastolatkiem. Średnia wieku prawie w normie. Jakby powiedział mój Najstarszy syn – luzik arbuzik.

Wszak mam samodzielnych synów

Matczyna beztroska kończy się jednak szybciej niż tabliczka czekolady. Przypomina mi się komunikat ze strony internetowej kina, żeby miejsce na hity filmowe rezerwować z wyprzedzeniem. Z luzikiem w głosie i trwogą w sercu sugeruję Najmłodszemu:
– Kochanie, tylko sobie zarezerwujcie miejsca. I idźcie pół godziny wcześniej, żeby potem tłoku nie było – proponuję.
–  E, tam mamo! Kupimy normalnie w kasie – zakomunikował Najmłodszy z moich samodzielnych nastolatków.

Spoko…

Kupią w kasie!… a jak nie kupią??? Jak kolejka będzie sięgać ulicy? Wprawdzie nigdy takiej w moim mieście nie pamiętam… ale do drzwi kina to kiedyś stała. I była zakręcona! I co wtedy? A jak dostaną miejsca na balkonie i nic nie będą widzieć? Albo gorzej! W ogóle nie kupią biletów. I już wyobrażam sobie smutną minkę. Łezkę zakręconą w oku. Samotnych trzech chłopców pod kinem, którym notabene jako jedynym, nie udało się dostać do środka. Zapewne ktoś zechce ich wykorzystać. Taki konik na przykład. Będzie ich namawiał na zakup biletów, trzy razy droższych. Wprawdzie nie spotkałam konika od jakiegoś ćwierćwiecza, ale kto wie? Wszak wszyscy pamiętają koników pod kinem! Prawda?

Wprawdzie retro natura podpowiada mi, że moja matka takich dylematów kiedyś nie miała. Tylko co Ona mogła wiedzieć o świecie? Bez internetu!

No nic. Wygląda na to, że była rozsądniejsza niż ja.
–  Proszę Cię. Zamów bilet przez stronę kina. Boję się, że się nie dostaniecie! – błagam. Wszystkim. Głosem. Mimiką. Spojrzeniem.
–  Mamo! Pozwól dziecku błądzić i radośnie dążyć do poprawy! – słyszę odpowiedź Najmłodszego z samodzielnych nastolatków.

Że co?

Wierzę w błyskotliwość Syna, ale w cytacie wyczuwam retro nutkę. Kto to powiedział? W ruch komórka. Google. Do stu piorunów! Korczak! Janusz Korczak to wymyślił i nie wiedzieć czemu mój Syn go cytuje.
–  Oczywiście Kochanie. Zrób, jak postanowiłeś – odparłam dostojnie. I nawet udało mi się nie dodać sakramentalnego: „tylko żebym nie musiała mówić, a nie mówiłam”. Pękam z dumy. Przyznaję rację Korczakowi. Odpuszczam…

Aż do rana

Drugiego dnia grzecznie proszę Najstarszego, żeby tam przy okazji kliknął i zarezerwował trzy bilety do kina na seans o 16.30. 16.30! Jaka idealna godzina. Pracę kończę o 15.00. Odbiorę Młodą z przedszkola. Prawie zdążę nawrócić i podwieźć chłopaków pod kino, bo takie zarezerwowane trzeba kupić pół godziny wcześniej. Nic to, że tarabanić się będę z Małą. Wszak pozwolę im samym wrócić! Tak. Niech do domu wracają sami. Takie dwa kilometry to idealny spacer dla samodzielnych nastolatków! 19.00 godzina to jeszcze nie jest tak późno. Mimo że zima. Niech idą! Zaraz 19.00?

– Mąż, o której jutro wracasz z pracy? –  pytam od niechcenia. I to by było na tyle w kwestii inspiracji słowami jednego z najsłynniejszych wychowawców. Nic to. Pozwolę się Synom usamodzielnić następnym razem.

Swoją drogą skąd się to we mnie wzięło? Albo wyręczam dziecko, a jak nawet odpuszczę, to umieram ze strachu, dopóki szczęśliwie nie wróci do domu. Mam wrażenie, że pokolenie naszych matek tego nie miało? Przynajmniej nie w takim natężeniu. Usamodzielniające się nastolatki, to dla mnie emocjonalny rollercoaster.

Pozwalacie dzieciom błądzić i radośnie dążyć do poprawy?

Osobiście dopiero się tego uczę. Czasem mi się udaje.
Obiecuję wkrótce zdradzić swoje metody.

A jak jest u Was? Wyręczacie zbyt często swoje dzieci? Czy może luzik arbuzik?

 

Lidia Góralewicz

Wpis zaintrygował Cię? Rozbawił? Dał do myślenia? Udostępnij.