Biblia, czyli moje pierwsze oszustwo

with Brak komentarzy

Stos egzemplarzy Pisma ŚwiętegoMimo, że inspiruje mnie przeszłość, są rzeczy które uwielbiam robić w sposób na wskroś nowoczesny. Przykładem jest Pismo Święte. Mam w domu co najmniej cztery egzemplarze Biblii, a i tak najczęściej czytam ją w telefonie. Mała refleksja na X Tydzień Biblijny. Zapraszam.

Pismo Święte ponoć wszystkim jest znane, jednak przez niewielu czytane. Coś w tym jest. Przyznaję się, że Biblii nie przeczytałam nigdy od deski do deski. Nie wiedzieć czemu, mimo umysłu ścisłego, każda podejmowana przeze mnie próba tego wyczynu, kończyła się na Księdze Liczb. Skutkowała też zakupem wielu książek pomocniczych dla zrozumienia tematu, z dziełami słynnej profesor Anny Świderkówny włącznie. Bardzo polecam, choć ich również w całości nie przeczytałam. Ciągle mam w planach skończyć. Mea culpa!

Pierwsze wspomnienie związane z Biblią, nie jest dla mnie powodem do dumy. Dopuściłam się małego oszustwa, by uzyskać swój własny egzemplarz. Miałam wtedy osiem lat. Ksiądz losował nagrody za udział w roratach. Każdej nagrodzie przypisany był numer. Pamiętam dwa z numerów: 1 oznaczał Nowy Testament, a  6 – różaniec. Oczywiście wylosowałam kupon z numerem 6. Pogodzona z losem (w domu miałam kilka różańców) szłam po odbiór nagrody, gdy nagle jakiś koleś w kolejce westchnął niezadowolony: “Eeee, znowu jakąś książkę dostanę”. Oczywiście, wykorzystałam to prędziutko i nim się obejrzał, już ściskałam w dłoni jego kupon z numerkiem 1.

Pamiętam to rozpierające uczucie zachwytu, gdy niosłam własny egzemplarz Ewangelii. Pamiętam też dumę w oczach mojego Najstarszego Syna, który swoją Biblię dostał na Pierwszą Komunię Św. Na kartce z życzeniami napisałam tylko: “To jest Najważniejsza Książka na Świecie”. Dwa lata później, Średni oświadczył, że też chce Biblię na prezent komunijny. Sugerowałam mu, że mamy już w domu kilka egzemplarzy.

– A jak się wyprowadzę, to co? Nie będę miał swojej Najważniejszej Książki Świata? – zapytał. A że “pierwsze komunie” mieliśmy już trzy, plus z Mężem mamy kilka własnych egzemplarzy, w naszym domu właściwie o Pismo Święte można się “potykać”. Jest na każdej półce z książkami. Tylko czy jest czytane?

Uczciwie przyznam, że przeze mnie niezbyt często. Zawsze brakowało czasu. Dzieci przeszkadzały. Zmęczenie odbierało zapał. Zniechęcałam się szczególnie, gdy docierałam do fragmentów Starego Testamentu, których w ogóle nie pojmowałam. Co tu dużo mówić, trzeba mieć sporą wiedzę z zakresu biblistyki, by się nie zniechęcić.  

Tak było do czasu, gdy odkryłam aplikację Pismo Święte. Ekstra sprawa! Dzięki małemu bajerowi, mam kontakt z Pismem Świętym praktycznie codziennie. I nadal nie zanosi się, bym przeczytała całość, ale czytanie weszło mi w krew. W dowolnej chwili dnia. Na kilka zdań lub kilka minut. Wystarczy, by na nowo zachwycić się pięknem tej lektury.

Ktoś na Facebooku napisał, że super byłoby, gdybyśmy Biblię traktowali jak telefon komórkowy: nosili ze sobą, sprawdzali codziennie zawarte w niej wiadomości, czy czytali często w środku dnia. Da się to zrobić bardzo prosto, jeśli aplikację Pismo Święte zainstalujemy i ustawimy na głównym pulpicie telefonu. Polecam. Trzeba znaleźć swój sposób na czytanie.

A czy warto czytać? Odpowiem słowami Mordechaja Dawida Brandstaettera dziadka Romana Brandstaetter’a:


“(…) wszystkie książki jakie przeczytałeś w życiu, są tylko nieudolnym komentarzem do tej jedynej Księgi…”

 

Lidia Góralewicz